Spotkania z medytacją
autor:
Ballester Mariano
FRAGMENT:
TARGOWISKO„W głębi ciemnego znalazłem się lasu”. Tą wizją dantejską jedna z osób medytujących rozpoczyna opowiadanie o przygodzie, która zawiodła ją do medytacji. Są to charakterystyczne słowa określające punkt wyjścia, w którym często znajduje się człowiek naszych czasów. Mamy wtedy do czynienia z głębokim poczuciem dezorientacji i desperacją kogoś, kto niczego już nie wie i niczego już nie widzi. W takich momentach traci się wszelką nadzieję, siły twórcze oraz wszelką radość życia. Codzienność jawi się jedynie jako las, chaos i pustka. „Straciliśmy z oczu szlak niemylnej drogi” – nie z innego powodu, jak tylko za przyczyną samych siebie! Pośród zgiełku naszych ulic jest wiele osób, które niczym „syn marnotrawny” włóczą się poza domem. Ich myślenie, odczuwanie i działanie są w całości zaprogramowane. To właśnie ten las dantejski mnisi zen nazywają „targowiskiem”, targowiskiem świata, powszechnym chaosem, w którym nie sposób zmierzać do celu; wyznaczenie kierunku jest niemożliwe. Software dba o to, żeby zrobić to za nas: wędruje, myśli i czuje za nas. Jesteśmy automatami poruszającymi się w bezładzie po ciemnym lesie. Oto punkt wyjścia, z którego wyruszają medytujący. Czasami istota ludzka coś odczuwa w tym powszechnym tumulcie. To jakby znak, jakby światło w innym kolorze niż światła zaprogramowane przez software. Można by powiedzieć, że chodzi o nikły przebłysk prawdy, która ciągle jeszcze pozostaje niejasna. Stopniowo jednak, w niezrozumiały sposób człowiek czuje, że to niezwykłe światło go przyciąga, ale nie wie jak ani gdzie szukać pomocy przy kontynuowaniu poszukiwań.
W Rzymie, przy Porta Portese, pewnego razu pojawił się niezwykły znak. W środku mieszaniny kolorów, dźwięków i istot ludzkich wszelkich możliwych rodzajów, przeleciała śnieżnobiała gołębica, niemal muskając głowy zaaferowanych kupujących i sprzedających. Nikt jednak tego nie zauważył. Kto wie kim była ta gołębica! Może ktoś powiedziałby, że był to anioł Porta Portese, podobny do anioła sadzawki Betesda, który czasem zstępuje, aby poruszyć stojące wody i aby uzdrowić pierwszego chorego, który zauważy jego przyjście (por. J 5,4). Tym razem sprzedający Cyganie, Słowianie, neapolitańczycy, rzymianie, Afrykańczycy, zajęci jak zwykle swoimi płachtami rozłożonymi na ziemi, pokrytymi różnokolorowymi, źle skopiowanymi płytami CD, nie zdali sobie sprawy z tego magicznego momentu. Gorączka kupowania i sprzedawania, od dawna poszukiwany przedmiot, unikatowy antyk: wszystko to było o wiele ważniejsze od tej świetlanej gołębicy pochodzącej z nie wiadomo jak dalekiego wymiaru.
Powiedziałem jednak, że niektórzy, mimo iż znajdują się w środku targowiska, coś czują. Książka ta jest również opowieścią o kilku wyjątkowych pielgrzymach na targowisku życia. Różnią się oni między sobą pod względem pochodzenia, wieku, rasy i sytuacji życiowej. Dla przykładu wziąłem pierwszą z brzegu listę uczestników kilku kursów wprowadzających do MGS, w sumie dwieście osób. Oto zawody, które znajdują się obok nazwisk: biznesmen, sprzedawczyni, emeryt, lekarz, nauczyciel, inżynier, student, urzędnik, psychoanalityk, programista, elektryk, aktorka, recepcjonistka, muzyk, poseł, architekt, gospodyni domowa, adwokat, pracownik naukowy, barman, hostessa, archeolog, pracownik urzędu gminy, kelnerka, pracownik pomocy społecznej, pracownik ONZ, stewardesa, biolog. Można by wymieniać w nieskończoność. Rzecz jasna, wiele zawodów się powtarza, jak na przykład student, artysta, terapeuta. Oto protagoniści wielkiego targowiska. Calderón de la Barca nazwałby to teatrem, inni targowiskiem próżności, inni światem, inni powiedzieliby Maya ... Nazywajcie to jak chcecie, ale to właśnie jest sceną historii, która pozwoli nam poznać szereg autentycznych opowieści, spisanych przez tych, którzy doznali łaski podniesienia głowy ponad tłum i uświadomienia sobie czegoś co podobne jest do lotu śnieżnobiałej gołębicy.
Świadectwa
Która dotarłam do kresu życia
Chciałabym opowiedzieć o moich przeżyciach, nie tylko aby wyrazić radość i szczęście, którego doznałam, ale także aby dodać otuchy innym, którzy, tak jak ja, dotarli do kresu życia. Byłam nerwowa, w depresji; wszystko układało się źle, cierpiałam na choroby psychosomatyczne i dlatego miałam trudności z komunikacją, nie mogłam prowadzić samochodu. Każda rzecz stanowiła dla mnie ogromny wysiłek. Byłam, krótko mówiąc, „zdesperowana”. Wszystko układało się źle również w moim życiu osobistym: z mężem, z bratem, z siostrą. Miałam wrażenie, że dotarłszy do połowy mojego życia, „w głębi ciemnego znalazłam się lasu”. Przyszedł moment kiedy zrozumiałam, że w ten sposób nie jestem w stanie dalej żyć. Dokonałam więc aktu zawierzenia, oddania się Czemuś albo Komuś, tam w górze, kto wysłucha mojego krzyku.
Młody zbłąkany
Postrzegam życie w sposób bardzo nietypowy; mówię to, ponieważ, niestety, czuję się bardzo samotny w stawianiu czoła kwestiom i pytaniom, o których wiem, że nie są bardzo popularne. Sukces, pieniądze, powierzchowne przyjaźnie, czysto materialny aspekt życia, tanie usprawiedliwienia dla moich ograniczeń, dla moich ułomności, nie jestem już w stanie się napełnić, nadać życiu sensu. Mam silną potrzebę zadania sobie pytań, na które sam nie potrafię odpowiedzieć. Poznałem wiele osób duchownych, ale, niestety, większość z nich nie dała mi dobrego świadectwa. Pragnienie poznania osób prawdziwie wypełnionych duchem rosło we mnie, a teraz stało się naglącą koniecznością, która często przyczynia się nawet do desperacji i całkowitego zagubienia, jak gdybym znajdował się sam w nieskończonym mroku.
W sidłach narkotyków i alkoholu
Moje życie nie należało do najlepszych. Kradłem i brałem narkotyki: kokainę, marihuanę, prochy, alkohol, itd. W wieku dwudziestu trzech lat brałem heroinę i trwało to do wieku dwudziestu pięciu lat. W takim stanie spotkałem pewną kobietę, która powiedziała mi o kursach medytacji i samopoznania. Mimo, iż nie wiedziałem o co chodzi, zgodziłem się przyjść. Wyszedłem z tego doświadczenia oszołomiony; jeszcze dwa razy wracałem do narkotyków, ale nadal praktykowałem medytację, po czym wszystko zniknęło, poczułem się kochany przez naszego Ojca. Powracam do życia. Dziś mam dwadzieścia osiem lat i trzy lata doświadczenia medytacji uprawianej codziennie.
Nadal w drodze
W momencie zwątpienia otrzymałem pewien znak, który utwierdził mnie na drodze, którą szedłem. Być może nie znam jeszcze mety, ale zdobyta pewność, że obrałem słuszny kierunek pozwala mi lepiej przezwyciężać trudności podróży i czasem mogę nawet cieszyć się przepięknym krajobrazem.
Jako terapia psychoanalityczna
Rozpocząłem kursy dziesięć lat temu. Przeżywałem bardzo trudny okres mojego życia. Nic nie szło po mojej myśli, ani tak jak bym sobie tego życzył, a żaden z moich problemów psychologicznych i egzystencjalnych nie rozwiązał się. Przeciwnie, wszystko układało się coraz gorzej.
Być może na początku kursy te były jak terapia psychoanalityczna, jednak znacznie głębsza i bardziej skuteczna. Pamiętam, że bardzo dużo płakałem, kiedy stopniowo światło pojawiało się w moich ciemnościach (a może powinienem to nazwać grzechami?).
Potem, z czasem, coraz jaśniej, z coraz większą wyrazistością widziałem moje życie, coraz bardziej obierałem kierunek wiary.
Daleko od siebie samego
Oto jestem! Zawsze cierpiałem na wewnętrzne sprzeczności kogoś, kto będąc zmuszony tworzyć i podtrzymywać stosunki w pracy, pod koniec dnia czuje jakby był daleko od siebie samego. Z upływem czasu stare przyjaźnie, miejsca mentalne, ideały bardziej lub mniej odczuwalne okazały się nietrwałe. Pojawia się „coś”, co domaga się swojego miejsca, co chce wyjść na jaw, ale jeszcze nie wie jak to zrobić.
Coraz bardziej uświadamiam sobie fakt, że w stosunkach z innymi ludźmi trzeba nosić maskę. Nie utożsamiałem się z moją maską, pytałem sam siebie „Jaka jest moja twarz? Czy mam twarz?”, miałem nadzieję, że odnajdę drogę, że będę nadal czuł tęsknotę za domem. Wszystko to dodawało mi odwagi.
Chodzi w gruncie rzeczy o „stratę twarzy”. Mimo, iż pragnąłem tego przez całe życie, rzecz jasna, bardzo się boję.
Pełna czarnych chmur
Przyszłam tutaj pełna czarnych chmur, które nade mną wisiały; dramatyczne wydarzenia, które mnie otaczały przytłaczały mnie i nie radziłam sobie z własnym niepokojem. Żadne z dostępnych mi narzędzi nie było w stanie odblokować kamienia, który ciążył mi na żołądku; w nocy nie byłam w stanie wypocząć: „Ja sama stałam się swoim niepokojem”.
Za wszelką cenę chciałam przyjść na ten kurs, na który czekałam od wielu miesięcy; być może to właśnie to „tchnienie”, ten impuls, który każe ci poszukiwać, zawiódł mnie tutaj.
Żebrząca i ślepa
Oto historia mojego ziarna śmierci... Na mojej drodze spotkałam ludzi, którzy mnie lubili, spotkałam też ludzi, którzy mnie prześladowali, którzy mnie dręczyli, okradali, hipnotyzowali. Spotkałam też takich, którzy nie chcieli widzieć, nie chcieli słyszeć, nie chcieli rozmawiać... Piłatów, którzy umyli ręce, Kainów i wielu Judaszy, którzy mnie zdradzili oraz wielu Piotrów, którzy udawali, że mnie nie znają, nie rozumieją, nie widzą.
Żebrząca i ślepa, gubiłam się wśród rzeczy i stworzeń. Drżąca, prosiłam Kaina, Judasza, Piłata, Piotra: „Powiedzcie mi jakieś piękne słowo i porozmawiajmy o miłości!”.
Ulotna odpowiedź umyka temu chłopcu
Jest we mnie nadal mnóstwo wewnętrznego chaosu, ponieważ, mimo iż poznałem już jedną technikę, chciałem spróbować innych... Teraz uczęszczam na kurs dla pracowników socjalnych. Patrzę na cierpienie Trzeciego Świata i chciałbym ukończyć kurs dla pielęgniarzy. Wiem, że odpowiedź jest we mnie, ale nigdy nie jest to ta sama odpowiedź, nawet po kilku minutach.
Bez punktów odniesienia
Żyłam w nie-prawdzie, w nie-ludzkości: zawsze czułam się bez korzeni, bez ojca i matki, bez punktów odniesienia, bez żadnej wewnętrznej pewności, bez kierunku, z przeszłością naznaczoną wielkim cierpieniem i samotnością. Byłam bardzo krucha. Po spotkaniu z medytacją głęboką wyruszyłam w drogę w jedyny sposób, w jaki potrafiłam. Wyrzuciłam z siebie wszystko: moje życie, pracę, relacje z ludźmi, aspiracje, przyzwyczajenia.
Kiedy rozpoczęłam medytować, moje życie, moje przyzwyczajenia, moje wybory całkowicie się zmieniły.
Niebieski sygnalizator
Zdarzyło się kiedyś, że sygnalizator regulacji ruchu, który stał w Mediolanie na Placu Katedralnym dziwnie działał. Wszystkie światła w tym samym czasie zapalały się na niebiesko i ludzie nie wiedzieli, jak się zachować.
– Przechodzimy, czy nie? Zatrzymujemy się, czy idziemy naprzód?
Wszystkie światła sygnalizatora emitowały jednocześnie we wszystkich kierunkach dziwny niebieski sygnał, tak intensywnie niebieski, jakim nigdy nie było niebo nad Mediolanem.
Zdezorientowani kierowcy hałasowali naciskając na klaksony, motocykliści warczeli silnikami swych motorów, a bardziej nerwowi piesi krzyczeli.
– Pan nie wie, kim ja jestem! – rozlegało się wszędzie.
Dowcipni puszczali w obieg ostre przycinki.
– Zielone, o ile wiem, zostało zabrane przez komandora, który chciał zbudować sobie na wsi domek jednorodzinny.
– Czerwone użyto do barwienia brzoskwiń w ogrodach.
– A z żółtego wiecie co zrobiono? Dolewano je do oliwy z oliwek.
Nareszcie nadszedł policjant, który stanął na środku skrzyżowania, aby pokierować ruchem drogowym. Jego kolega szukał skrzynki z narzędziami, by zreperować usterkę i usunąć awarię.
A niebieski sygnalizator zanim został wyłączony, zdążył pomyśleć:
„Biedacy! Wysłałem wam sygnał «wolna droga» do nieba. Gdybyście mnie zrozumieli, teraz wszyscy wiedzielibyście, jak tam dolecieć. Myślę, że zabrakło wam po prostu odwagi” .
| ISBN 978-83-7485-041-4 |































