autor: Jodice Luigi, Strocchi Maria Cristina
29.50 zł
25.08 zł
autor: Lovecchio Nicola, Ducoli Elisa, Pellai Alberto
29.70 zł
25.25 zł
 
Wyszukiwarka:     
Na tropie Pierwszego Inkwizytora
autor: Moiraghi Mario
FRAGMENT: 
Wprowadzenie
Wędrówka

Na wyspie Ponzy
W czerwcu 1995 roku, parę dni przed planowanym wyjazdem na wakacje na wyspę Ponzę, przydarzyła mi się szczególna przygoda.
Miałem zamiar w trakcie podróży na wyspę zboczyć nieco z drogi, by zaczerpnąć informacji o Galganie, dwunastowiecznym świętym z prowincji sieneńskiej, na którego temat od pewnego czasu prowadziłem badania, odkąd moją uwagę przykuły zadziwiające analogie między jego życiem a legendarnymi postaciami z opowieści cyklu bretońskiego.
Nie jestem zawodowym historykiem, a moja pamięć z lat nauki historii w liceum czasem mnie zawodzi, wyszukałem więc wśród starych podręczników szkolnych, zgromadzonych w domu, historię Średniowiecza dla szkół średnich i zacząłem ją przeglądać, by choć pobieżnie przypomnieć sobie, co działo się we Włoszech w pierwszych stuleciach po roku tysięcznym. Całkiem przypadkowo natrafiłem na wzmiankę o niejakim Rainierze z Ponzy, posłanym przez papieża Innocentego III na południe Francji, do Langwedocji, w 1198 roku, do walki z lokalnymi heretykami - katarami.
Zbieżność pochodzenia tej postaci z miejscem przeznaczenia mojej nieodległej w czasie podróży na Ponzę napełniła mnie zdumieniem. Próbowałem znaleźć jakieś bliższe i dokładniejsze informacje w książkach, które miałem pod ręką, jednak na temat tej postaci - poza wspomnianą wzmianką, która przykuła moją uwagę - znajdowałem jedynie szczątkowe przekazy. Wynikało z nich, że Rainier miał być spowiednikiem Innocentego III, papieża o doniosłym znaczeniu historycznym, a także przyjacielem i towarzyszem Joachima z Fiore, ciekawego teologa średniowiecznego, wędrującego po rubieżach mistycyzmu i herezji, o którym wspomina Dante w Raju.
Znalezione źródła wspominały także, że jego misja w Langwedocji nie trwała długo i Rainier został zastąpiony - z niejasnych przyczyn - innymi legatami, całe zaś zdarzenie, które u swoich początków jawiło mi się jako niejednoznaczne i chaotyczne, wkroczyło wkrótce na tragiczny szlak gwałtownych prześladowań doby inkwizycji.
Mimo że te wiadomości były nader pobieżne, żywiłem nadzieję, że przyjaciele i znajomi z Ponzy pomogą mi w ustaleniu bardziej precyzyjnych danych.
Muszę przyznać, że początkowo moja ciekawość nie urosła zanadto. Wyobrażałem sobie, że Rainier przynależał do zastępów braci, mnichów i księży, którzy prześladowali, torturowali i posyłali na stos wizjonerów, braciszków, zapalonych kaznodziejów, buntowników i wywrotowców. Żywiłem swego rodzaju instynktowne uprzedzenie do tego człowieka - inkwizytora, który żył w czasach określanych wciąż przez laików mianem wieków ciemnych. Nic bardziej mylnego - zarówno jeśli idzie o tę epokę, jak i samego Rainiera. Wiele jeszcze czekało mnie zdumień.
Z takimi oto założeniami udałem się na Ponzę, zdecydowany, by dla czystej przyjemności pozyskać więcej informacji na temat tej z pewnością nieistotnej postaci.
Ku wielkiemu swemu zdziwieniu, zdałem sobie sprawę, że dzisiejsi mieszkańcy Ponzy - a przynajmniej ci przeze mnie pytani - nic o Rainierze nie wiedzą, a co więcej, twierdzą z całym przekonaniem, że w interesującej nas epoce, czyli w przybliżeniu w latach między 1100 a 1200, wyspa była niemal niezamieszkana - a zatem prawdopodobieństwo, że narodził się na niej wówczas jakiś znaczący człowiek, równało się niemal zeru.
Szukałem więc na próżno: na Ponzy po Rainierze ani śladu. Pamięć o nim bezpowrotnie zaginęła, ustępując miejsca innym obrazom i innym mitom. Moje małe dochodzenie zatem zupełnie zawiodło - przekonanie o tym, że około 1198 roku istniał pewien Rainier utonęło nieodwołalnie w morzu negatywnych opinii lokalnych ekspertów. W tym ogólnym sceptycyzmie towarzyszyło mi jednak pewne zainteresowanie nielicznych, w międzyczasie zdobytych na Ponzy przyjaciół.
Tymczasem, pewne ślady na Ponzy, poza starożytnymi pozostałościami rzymskiego osadnictwa, zdradzały średniowieczną obecność człowieka - stare domy naznaczone były profilami pojedynczych cegieł o surowym porządku, zatopionych w niewytłumaczalny sposób w starszych murach. Niektóre budowle charakteryzowały się dość szczególnymi kształtami i detalami, portalami i ościeżnicami, na których widniały znaki religijne i dobrze widoczne krzyże. Usłyszeć można było wiekowe opowieści o mnichach i braciach, którzy pojawiali się i znikali w tajemniczych okolicznościach. Powiedziano mi, że także na pobliskiej wyspie Zannone znajdowały się ruiny cysterskiego klasztoru - wszystko to były niepodważalne dowody na to, że w Średniowieczu, około roku tysięcznego, wyspy archipelagu, do którego należała Ponza, przeżyły inną historię niż utrzymywali obecni mieszkańcy.
Raczej z zaskoczeniem i niedowierzaniem opuściłem z końcem pobytu wyspę - nie straciłem zapału, przeciwnie, rosło we mnie zdecydowanie, by na tę sprawę rzucić więcej światła i dowiedzieć się o niej jak najwięcej. Pociągała mnie i ciekawiła ta nieco tajemnicza postać inkwizytora, legata Kościoła rzymskiego, zausznika wielkiego papieża, po którym - zdawało się - zatarły się wszelkie ślady. Wróciłem do Mediolanu trzymając w ręku nieliczne elementy układanki, a właściwie nie posiadając nic. Łącząca fakty nić była nader wątła: stwierdzenie Gabriela De Rosy w podręczniku historycznym, o którym już wspomniałem, jawiło się jako pewne i oczywiste, ale jedyny związek z jakąkolwiek znaczącą postacią historyczną stanowiły domniemane kontakty z Innocentym III, którego Rainier miał być spowiednikiem, i z Joachimem z Fiore, mistykiem średniowiecznym, zagubionym w mojej pamięci laika z racji mgliście zapamiętanej wzmianki z Boskiej Komedii.
Kim naprawdę był Rainier z Ponzy? Czy rzeczywiście istniał? Jakie tajemnice krył w sobie maleńki archipelag z Ponzą na czele?
Toskańskie początki
W drodze powrotnej z wyspy zatrzymałem się zgodnie z powziętym wcześniej planem w Chiusdino, w prowincji sieneńskiej, by pogłębić wiedzę na temat świętego Galgana, wyjątkowej figury mnicha eremity, niesłusznie uznawanego za cystersa. Moje zainteresowanie historią, a zwłaszcza Średniowieczem, ożyło już wcześniej, zanim na horyzoncie mojego życia pojawił się Rainier, a miało swój początek w roku 1991 z winy - jeśli tak można powiedzieć - świętego Galgana, co w innym miejscu dokładniej nakreśliłem.
Otóż we wspomnianym 1991 roku znajdowałem się przypadkiem w Sienie i w pewne sobotnie, czerwcowe popołudnie postanowiłem zwiedzić ruiny opactwa San Galgano, leżącego w Chiusdino, które przyjaciele opisali mi jako miejsce mistyczne i budzące wewnętrzny niepokój. Jest to duży kościół z przyległym klasztorem, wzniesiony przez cystersów w jakiś czas po śmierci Galgana, w stylu i formie charakterystycznej dla kościołów gotyckich. Nieopodal opactwa znajduje się - na wzgórzu Montesiepi - pierwotna, najstarsza kaplica świętego Galgana, wzniesiona przez niego własnoręcznie około roku 1180.
Gdy pierwszy raz przekroczyłem próg kaplicy, ze zdumieniem i podekscytowaniem ujrzałem bardzo stary miecz, wbity w duży kamień, bez żadnej wątpliwości podobny do legendarnego miecza w skale, o którym opowiadają historie o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu.
Wedle przekazów rycerz Galgano, urodzony około 1148 i zmarły w 1181 roku, hołdował w młodości lekkiemu, beztroskiemu i być może także rozpustnemu życiu. Nagle, wskutek widzenia czy też snu mistycznego, otrzymał misję wybudowania kościoła w odosobnionym miejscu, a dokładnie w Montesiepi. Nie bez kłopotów, mierząc się z trudnościami, jakie stwarzali mu jego bliscy, udał się na wzgórze i tam, w symbolicznym akcie nawrócenia, wbił swój miecz w skałę, przekształcając go w krzyż. Ten miecz jest jasnym dowodem jego czasów i jego cierpień: cień rdzy na niedoskonałym i lekko odkształconym żelazie zdradza autentyczność relikwii. Łatwo przy nim wyobrazić sobie rycerza eremitę klęczącego na modlitwie, w mistycznym cudzie przemienienia miecza w krzyż - a nie odwrotnie.
To, co jednak wywarło na mnie największe wrażenie tamtego dnia, podczas pierwszego pobytu, to obecność w Toskanii owego symbolu - miecza w skale, który kojarzyłem - bez jakichkolwiek wątpliwości - z legendami Północy, z baśniami bretońskimi, z mgłami Avalonu. Pomyślałem od razu o kradzieży legend, o nieuprawnionym przeniesieniu z Północy na Południe mitu rycerskiego, by ozdobić to miejsce i uszlachetnić kult czymś egzotycznym czy mitycznym. Tej kradzieży kulturowej - jak mi się zdawało - musieli dokonać Toskańczycy raczej w nieodległej przeszłości, by wzbogacić swe ziemie elementem o niewątpliwym przyciąganiu turystycznym. Myliłem się, ale miałem to zrozumieć znacznie później, prowadząc poszukiwania wśród przekazów i dokumentów.
Tamtego dnia wyszedłem z kaplicy San Galgano w Montesiepi zafascynowany, porwany, niemal wstrząśnięty czarem i urokiem przesłania, które przychodziło z zamierzchłych czasów i od zamierzchłych ludzi - tak odległych jak ich przedstawiciel (ale czyż Gawain to nie imię jednego z rycerzy Okrągłego Stołu?). Owego zatem wieczoru - a mieszkałem w klasztorze w Monte Oliveto - zanim się położyłem, długo nie mogłem wyjść ze skromnej biblioteki przewidzianej do dyspozycji gości, oddany chaotycznym poszukiwaniom jakiejś książki, która przykułaby moją uwagę. Zasoby biblioteczne nie pozostawiały jednak wielkiej nadziei. Także żywoty najbardziej znanych świętych były nudne i bezpowrotnie pozbawione jakichkolwiek informacji, na których można by zawiesić oko.
Później, gdy już niemal pogodziłem się z porażką, pośród żywotów księdza Jana Bosko i świętego Kaspra del Buffalo dostrzegłem ze zdumieniem maleńką serię książeczek zatytułowanych - o ile dobrze pamiętam - I Misteri della Storia [Tajemnice Historii]. Była to seria w tanim wydaniu, o charakterze popularyzatorskim i rozmiarach lilipucich, oprawiona w prawdziwą skórę, z tłoczeniami z czystego złota. Jedna z jej pozycji przyciągnęła w szczególny sposób moją uwagę. Przeczytałem od razu parę stron - mowa była o rycerzach w prawdziwym tego słowa znaczeniu, o templariuszach, czyli - by być precyzyjnym - o rycerzach-zakonnikach. Książka zestawiała misję templariuszy w Ziemi Świętej z przygodami rycerzy Okrągłego Stołu w poszukiwaniu Świętego Kielicha Krwi Chrystusa, czyli Graala. Wszędzie wokół unosił się w powietrzu duch dyskretnej, acz decydującej obecności cystersów, zakonu mniszego, który w tamtych czasach dominował w kulturze europejskiej i przesądzał o historii.
Książka, którą tej nocy przeczytałem, podkreślała mistyczny wymiar zakonu templariuszy (których doktryna o nieagresji nie jest w wystarczającym stopniu znana), analizując także ich możliwe związki z katarami, sektą wrogo nastawioną do supremacji Kościoła rzymskiego, zdecydowanie przeciwną wszelkim postaciom przemocy, odrzucającą małżeństwo i płodzenie dzieci, która stała się ofiarą krwawych i przerażających prześladowań, niewłaściwie określonych mianem krucjaty, w której templariusze odmówili wzięcia udziału.
To, co mówiło się o katarach, budziło we mnie kolejne wątpliwości i wewnętrzne pytania. Na czym polegał ich błąd? Czy był nim bunt wobec Kościoła rzymskiego? Czy może wyznawanie heretyckich teorii? Jeśli tak, to jakich? Czy chodziło o stwierdzenie, że małżeństwo jest sprawą nieczystą? Czyż święty Hieronim nie podzielał tego przekonania?
Tak naprawdę te zarzuty, choć udowodnione, nie zasługiwały przecież na stosy i rzezie, którym w ramach kary poddani zostali wszyscy - młodzieńcy i starcy, kobiety i dzieci. Pochłonąłem książkę w jedną noc. Coś nieuchwytnego, wręcz mistycznego łączyło w moich oczach Galgana z Okrągłym Stołem, z rycerzami-templariuszami, z odrzuceniem przemocy głoszonym przez katarów.
Miałem poświęcić Galganowi jeszcze wiele czasu, po wielokroć wracając - co dwa, trzy miesiące - do Toskanii, a zwłaszcza do Sieny, by szukać elementów układanki i tropów, by odkryć siedziby templariuszy nieopodal Sieny, we Frosini i Poggibonsi, by wreszcie natknąć się na ślady kataryzmu w okolicach Volterry. Miałem też regularnie powracać do Chiusdino, by szukać nowych punktów zaczepienia i inspiracji, nowych wskazówek w badaniach nad Galganem, ale tym razem, w drodze powrotnej z Ponzy, zachodziło we mnie coś ważniejszego: ludzie i zdarzenia, które miały miejsce w czasie jednego, bądź dwóch stuleci, około końca XII wieku, zdawali się ponownie rozkwitać i tworzyć nowy scenariusz, w którym heretycy, rycerze, święci i mnisi poruszali się zgodnie z wątkami osnowy, którą przeczuwałem, ale jeszcze nie mogłem jej jasno zrozumieć.
Uderzało mnie zwłaszcza rozpowszechnienie w tym czasie w Europie owego zjawiska kulturowego, tych organizacji, wyznań, mitów, zdarzeń w większym lub mniejszym stopniu legendarnych, które dostarczały mi gotowy scenariusz historyczny, choć częściowy i wycinkowy, w który jednak losy Galgana i Rainiera wpisywały się w sposób dość logiczny. To były przecież te same lata, w tle ciągle pojawiali się rycerze i mnisi - templariusze mieli ważną siedzibę w Chiusdino, w miejscowości Frosini, miecz i krzyż odgrywały w tym wszystkim kluczową rolę, a Rainier żył w tych latach na styku kurii papieskiej, cystersów, katarów, herezji i krucjat.
Ja jednak w tamtej chwili znajdowałem się w Toskanii, dopiero co dowiedziałem się o Rainierze i pociągała mnie historia Galgana, a katarzy zdawali się odlegli z ich siedzibami w Langwedocji, w Prowansji. To samo zresztą tyczyło templariuszy, których działalność w moich oczach ograniczała się do Ziemi Świętej i Świętego Graala, wywodzącego się z Europy północnej. A może to nie była prawda?
W poszukiwaniu Rainiera
Nie dysponując żadną pewną informacją, która pozwoliłaby mi podążyć w jakimś nieco bardziej precyzyjnym kierunku, zacząłem prowadzić badania w Mediolanie, Sienie i Florencji, gdzie sporadycznie pomieszkiwałem, krążąc między bibliografiami, indeksami i repertoriami, a także przeszukując szkice i książki historyczne dotyczące tej epoki, bez jakiejkolwiek z góry przyjętej metody.
Dzięki serii nieprzewidzianych kontaktów, między jedną, przypadkowo napotkaną książką a ekspertem uniwersyteckim, który poświęcał mi swą uwagę, postać Rainiera zaczęła wyłaniać się z tła i zarysowywać przed moimi oczami ku narastającemu memu zainteresowaniu i fascynacji - stawał przede mną człowiek, który wybrał życie anonimowe i odrzucił zaszczyty, by służyć historii w sposób pozytywny i, niestety, nieszczęśliwy. Wciąż jednak ogarniały mnie palące wątpliwości. Zadawałem sobie pytania, czy Rainier rzeczywiście istniał, czy naprawdę przyszedł na świat na wyspie Ponzy albo czy był w jakikolwiek związany z tą Ponzą, którą znałem.
Główne źródło moich wahań i wątpliwości - wobec ciągłego napływu informacji na temat tej postaci - tkwiło w pytaniu, które mógłbym sformułować następująco: dlaczego jego współbracia, Kościół, historia, a nawet rodzinna Ponza zapomniały o nim? Z ciągle rosnącym zaskoczeniem znajdowałem coraz liczniejsze i ciekawsze wiadomości o Rainierze, które - choć często ze sobą nie powiązane i rozrzucone po książkach i wzmiankach, które nie tyczyły go bezpośrednio - układały się w nader precyzyjny i zwarty obraz jego postaci.
Rainier istniał naprawdę, wzbudził szacunek i nadzieje wśród jemu współczesnych, a obdarzony był wielką charyzmą i silnym temperamentem. Prócz mądrości, zdolności do przemawiania i przekonywania, umiejętności własnoręcznego posługiwania się pismem, talentów dyplomatycznych i wewnętrznej siły, cechą, którą przypisywali mu najczęściej ci, którzy o nim wspominali, była wielka dobroć, wypływająca z głębokiego człowieczeństwa, roztropności i tolerancji.
Przeczuwałem jednak, że gdzieś, pośród rozbieżnych przekazów, na które natrafiałem, ukryte było ważne przesłanie, które zasługiwało na odsłonięcie i przypomnienie.
Przeżywałem niezwykłą i niecodzienną przygodę, która wiodła mnie przez lata i miejsca nieprzebadane, ku ludziom i postaciom dotychczas mnie nieznanym, jakże odległym od moich ówczesnych zainteresowań, nakierowanych na sprawy techniczne i przedsiębiorcze, którym poświęciłem większość studiów ostatnich dziesięcioleci.
W krótkim czasie zebrałem nieprzebraną ilość materiału o świętym Galganie, templariuszach, romansach rycerskich o świętym Graalu, herezji katarów. Wiele z tych spraw wydało mi się wyolbrzymionych i często zafałszowanych przez ocenianie ich przez pryzmat ezoteryzmu i okultyzmu. Na własny użytek zapisałem kilkaset stron notatek na ten temat, które do dziś spoczywają pogrzebane gdzieś pod stosami moich książek.
Moja ciekawość rosła. Teraz u boku Galgana stawał także Rainier, a wszystko to było owiane tajemnicą, dodatkowo skomplikowaną przez obecność wokół nich Graala, templariuszy, herezji. Krążyłem między bibliotekami i księgarniami, prowadząc poszukiwania pośród żywotów papieży i tekstów, które - jak mi się zdawało - poruszały ten temat, łapczywie przeszukując indeksy osób, w które zwykle na końcu zaopatrzone są książki. Nie uznałem za możliwe i słuszne zwrócić się ot tak, po prostu, do jakiegoś eksperta czy uczonego z pytaniem: „Zna Pan Rainiera z Ponzy?”. Nie zawsze moja obecność była dobrze postrzegana i przyjmowana przez badaczy akademickich, ale zbyt fascynowała mnie ta przygoda, bym mógł ją porzucić.
Przez jakiś czas miałem wrażenie, że poruszam się w próżni. Pewnego dnia jednak dałem się ponieść zachwytowi nad książką o Joachimie z Fiore, bogatą w niezwykle barwne figury alegoryczne, namalowane przezeń własnoręcznie pod koniec XII stulecia. Zakupiłem ją, nie zagłębiwszy się zanadto w treść: postać Joachima bardzo mnie ciekawiła, także ze względu na pojawiającą się przy nim wzmiankę o Rainierze. Kiedy w domu zacząłem przeglądać książkę, nagle i niespodziewanie stanął przede mną sam Rainier.
Pierwsze przeczytane słowa zaparły mi na moment dech w piersiach: „…kiedy za sugestią jego i Rainiera…”. Oto ponownie pojawił się Rainier. Zacząłem gorączkowo przerzucać kartki i ciągle natrafiałem na to imię: tak oto odnalazłem Rainiera. Mówił o nim Łukasz z Cosenzy (Luca Campano), mnich, biograf Joachima z Fiore, który miał sprawować ważne funkcje w ówczesnym Kościele. Łukasz zestawiał żywoty obu mnichów w opowiadaniu bogatym w szczegóły i informacje, które - mimo że nie stanowiły prawdziwej biografii Rainiera - zaświadczały w sposób precyzyjny o jego życiu i przytaczały wiadomości o fundamentalnym znaczeniu dla ulokowania jego postaci w konkretnym kontekście historycznym, wbrew wszelkim dotychczasowym wątpliwościom.
Losy samego kronikarza zostały silnie naznaczone wpływem Rainiera, którego bezpośredniemu działaniu Łukasz z Cosenzy poddał się bardzo wcześnie: poznał on naszego mnicha blisko i dokładnie, bez pośredników, bez potrzeby sięgania po przekazy zebrane, bądź zasłyszane z drugiej ręki. Miałem później odnaleźć wzmianki o nim u aktualnych badaczy Kościoła, poświadczające jego doniosłe znaczenie dla epoki i środowiska, w którym żył.
Wielu bohaterów tamtych lat, papieży i kronikarzy, pisarzy i teologów nie szczędziło wielkich pochwał Rainierowi i wiązało z nim plany, zarówno dla siebie, jak i dla Kościoła. Później jednak, w sposób nagły i niewytłumaczalny, wbrew zajmowanym przez niego stanowiskom i odgrywanym przezeń ważnym rolom, nad jego życiem zapadło niezrozumiałe i trudne do wyjaśnienia milczenie, które kolejne stulecia uczyniły jeszcze bardziej nieprzeniknionym.
Czekało mnie - laika - jeszcze wiele niespodzianek i wiele emocji. Wędrówka ku Rainierowi właśnie się rozpoczęła.
Zadzwoniłem do wydawnictwa, gdzie spotkałem się z miłym i życzliwym przyjęciem, uzyskując parę adresów i przydatnych nazwisk. Usłyszałem także sugestię: „Dlaczego nie porozmawia pan z profesorem G.P.? Jest on przecież z Mediolanu i dobrze zna się na temacie”. Tak doszło do pierwszego kontaktu telefonicznego, podczas którego G.P. udzielił mi wskazówek, by w bibliotece poszukać szkicu Grundmanna, niemieckiego uczonego, autora ważnej biografii Joachima z Fiore i Rainiera z Ponzy, do znalezienia w „Monumenta Germaniae Historica”.
Poczułem, że nareszcie coś bardziej konkretnego miało poddać się mojej uwadze. Udałem się do biblioteki Universita Cattolica di Milano, gdzie poprosiłem o możliwość skorzystania z zasugerowanych mi materiałów.
Początkowo, przy pierwszym podejściu, ogarnęło mnie całkowite zniechęcenie i przygnębienie - miałem znaleźć tekst o Rainierze w gigantycznym regale książek, wszystkich należących do serii „Monumenta Germaniae Historica”, jak mi powiedziano, niemal nie do przetrząśnięcia. Podszedł do mnie wówczas pewien pan o surowym wyrazie twarzy, który dostrzegł moje zmieszanie. „Szuka Pan czegoś konkretnego?” „Tak, dziękuję.” - odrzekłem, wręczając mu niewielką karteczkę, na której pospiesznie zapisałem ołówkiem przekazane mi sugestie bibliograficzne. Kilkoma zręcznymi ruchami eksperta ów poważny pan znalazł półkę, książkę, rozdział i stronę - jakim poczułem się wtedy ignorantem! - i po paru minutach trzymałem w ręce kserokopię tekstu Grundmanna.
Nie znam, niestety, perfekcyjnie języka niemieckiego, zdołałem jednak znaleźć interesujące mnie zagadnienia, odczytać nazwiska tych, którzy o Rainierze pisali (Grundmann wielu ich zidentyfikował, w większości byli to kronikarze średniowieczni i cystersi) - w ten sposób przekonałem się raz jeszcze, że mój mnich istniał naprawdę. Przede wszystkim, przeczytałem ostatecznie rozstrzygające wszelkie wątpliwości zdanie: „Wyjeżdżając z wyspy Ponzy, udał się pewnego dnia do Joachima…”. Tak przytacza je Grundmann, łącząc jego imię z Ponzą i z Joachimem z Fiore, i przywołując to, co utrzymywał inny kronikarz i biograf doby Średniowiecza, Ralf z Coggeshall.
Lista osób, które pisały o Rainierze była niezwykle długa, a cytowania częste i dokładne. Z nieprzebranej ilości zebranych danych historycznych wyłaniało się w sposób jasny i przejrzysty życie Rainiera.
Pochodził z Ponzy, ze sławnej i szlachetnej rodziny. Był przyjacielem i towarzyszem Joachima z Fiore, wraz z którym dzielił doświadczenie życia zakonnego w ramach zakonu cysterskiego i stopniowe oddalanie się od tegoż zakonu. Umiał pisać, co w tamtych czasach nie mogło uchodzić za umiejętność oczywistą, jako że nawet osoby wykształcone i o pewnej kulturze korzystały z usług skryby, bowiem nie zawsze z łatwością przychodziło im sformułować na piśmie własne przemyślenia. Był spowiednikiem i doradcą Innocentego III z racji domniemanych związków pokrewieństwa, trudnych do ustalenia. Z polecenia tegoż papieża został wysłany jako legat papieski do Hiszpanii, a następnie do Langwedocji jako inkwizytor przeciwko katarom albigensom. Przy tej okazji odmówił przyjęcia purpury kardynalskiej, zwyczajowo przyznawanej legatom papieskim. Jako zaufany kardynała Hugolina z Segni, który następnie został wybrany papieżem i przybrał imię Grzegorza IX, szybko zrezygnował z oficjalnie piastowanych stanowisk i powrócił na swoją Ponzę, by tam doświadczać życia duchowego z dala od wydarzeń politycznych i religijnych ówczesnego świata. Tam poszukiwali go monarchowie, panowie i dostojnicy kościelni, by czerpać ze źródła jego mądrości, zasięgać rad i dostąpić pocieszenia.
Wywodził zatem swe korzenie z Ponzy i - jak się zdaje - przyszedł na świat w znakomitej rodzinie. Słynna rodzina na Ponzy w XII stuleciu? Niemożliwe! Być może chodziło o uchodźców czy zbiegów uciekających z jakiegoś miejsca na Półwyspie?
W każdym razie, zarysowała mi się przed oczyma w jasny sposób garść informacji pewnych. Postać Rainiera wyłaniała się z tła przejrzyście i niepodważalnie - zarówno w kwestiach historycznych, jak i wyobrażeniach myślowych - na podstawie przynajmniej czterech czy pięciu precyzyjnych i niezawodnych elementów: przede wszystkim, mam na myśli przekaz, spisany ręką Łukasza z Cosenzy, oraz dokumentację zgromadzoną przez niemieckiego uczonego Grundmanna wraz z całą serią odniesień. W międzyczasie zdobyłem kolejne dokumenty i kolejne dowody: listy papieża Innocentego III, świadectwo kardynała Hugolina z Segni, i wreszcie pismo samego Rainiera, zasygnalizowane mi przez naukowca z Universita Cattolica di Milano.
Przede wszystkim, jednak dochodziło we mnie do głosu bardzo silne przekonanie, że Rainier przynależał do naszych korzeni kulturalnych, że w Rainierze znaleźć można już te problemy i dylematy, które wyjaśniać trzeba także dziś: należy je objaśniać każdemu z nas, kulturze, której stanowimy część, myśli religijnej, której jesteśmy synami w sposób mniej lub bardziej świadomy.
Kim był ten człowiek, o którym ktoś mógł ośmielić się napisać: „Podobnie jak synowie proroków udawali się do proroka Elizeusza, tak wielu przybywało do niego, by zaczerpnąć z jego ducha. […] Z powodu oddania i składanego hołdu królowie, książęta i dostojnicy kościelni za pomocą darów na jego potrzeby chcieli złagodzić jego surowe życie…”. Zaczęło mi się wówczas marzyć napisanie czegoś bardziej uporządkowanego i dokładnego. Ale czego? Eseju? Pomyślałem także o napisaniu powieści, zapisu wyobrażonej kroniki, tego, co moja wyobraźnia przetwarzała - przy pomocy fantazji - na podstawie danych informacji, które miałem do dyspozycji.
Postanowiłem poczekać, a tymczasem kontynuowałem moje badania.
Ponownie na Ponzy…
Wyruszyłem znowu na Ponzę pod koniec 1995 roku. Wydarzenia w ostatnim czasie posypały się jedno po drugim. We wrześniu i październiku zebrałem dużo materiałów. Chciałem zatem ponownie zobaczyć wyspę, porozmawiać z którymś z mieszkańców o ustalonych przeze mnie informacjach. Wydawało mi się nieprawdopodobne, by ślady całkowicie się zatarły. Do dziś pamiętam dokładnie przeprawę morską na statku z Formii na Ponzę.
Miałem ze sobą paczkę, a raczej grubą kopertę, którą poprzedniego wieczoru otrzymałem z Ponzy od dwóch przyjaciół, Tonina i Amedea. W towarzyszącym przesyłce liście informowali o dołączonych kilku drobnych publikacjach o charakterze turystycznym, znalezionych na wyspie. Przejrzałem je od niechcenia, niezbyt szczególnie interesowały mnie ulotki turystyczne.
Rozmyślałem nad zebranymi dokumentami, nad postacią czcigodnego, choć skromnego i niechętnego zaszczytom mnicha. Innymi oczami patrzyłem teraz na ten odcinek morza, który dzielił mnie od wyspy, wyobrażając sobie przeprawy z zamierzchłych czasów, na zesłanych przez los tratwach lub, co najwyżej, na małych i powolnych łódkach, wyposażonych w prymitywne żagle, nie dość jeszcze przystosowanych do przepraw wpław czy z kierunkiem wiatru, zmuszonych oczekiwać na łaskę bardziej przychylnych podmuchów.
Byłem już blisko wybrzeża Ponzy. Minęliśmy wyspę Zannone, na której szczycie wznosiły się prawdopodobnie jakieś budowle, bądź ich ruiny.
Przemknąłem wzdłuż imponującej ściany skalnej, która wyrasta z wód morskich na południowo-wschodnim brzegu wyspy - przy okazji przyjrzałem się dziwnym, regularnym otworom, z pewnością wytworom rąk ludzkich, biegnącym wzdłuż wysokiego skalnego muru około stu metrów nad poziomem morza. Przypominały mi prześwity w tunelach kolejowych, wzniesionych nad urwistymi brzegami lombardzkich jezior. Ale tutaj kolej nigdy nie dotarła, a wszystkie drogi - o ile mi wiadomo - wiją się pod gołym niebem. Później miałem się dowiedzieć, że było to dzieło Rzymian, wydrążone w skale nad nadmorskimi przepaściami, by umożliwić wodzie z akweduktów dopłynięcie do osad na Ponzy.
W międzyczasie otworzyłem kopertę i z większą uwagą zacząłem przeglądać jej zawartość. Mimo że w większości była to niezbyt ciekawa dokumentacja, pośród składanych ulotek, pełnych bardziej lub mniej urokliwych zdjęć wyspy, natrafiłem na grubszą książeczkę pióra Giovanniego Marii De Rossiego, profesora topografii na rzymskim uniwersytecie. Na stronach 33 i 102 otwarcie wspomina on cysterskie klasztory na Ponzy i Zannone i nawet epoka doskonale się zgadza - pochodzą one z XII i XIII wieku.
Rainier z Ponzy z pewnością żył w tych miejscach, pośród murów, z których dzisiaj pozostały jedynie ruiny.
Ogarnęły mnie wielkie emocje i w takim stanie dotarłem na wyspę. Amedeo i Tonino oczekiwali mnie na molo. Objęliśmy się na powitanie. Myślę, że od razu wyczuli moje rozedrganie.
„Musimy popłynąć na Zannone. I do Santa Maria. Co to za groty, które widać na skalnej ścianie? Pomyślałem o zorganizowaniu konferencji”.
Cierpliwie mnie uspokajali. Ich założenia, których jeszcze nie znałem, daleko przekraczały moje oczekiwania.
„Podróż na Zannone - powiedzieli mi - już ustaliliśmy na pojutrze, na wtedy zarezerwowaliśmy łódź. W planach mamy także zabrać cię na Monte della Guardia, jest tam parę rzeczy do zobaczenia. Czemu chcesz pojechać do Santa Maria? Odkryłeś coś nowego? Możemy poświęcić jutrzejszy poranek, by udać się na Monte della Guardia i do Santa Maria. Popołudniu możemy pojechać do groty Core. Obiecał dołączyć do nas wieczorem Sandro, który koniecznie chce się z tobą spotkać”.
„Dobrze. W takim razie zdaję się na was. Jedźmy do domu. Mam wam do opowiedzenia mnóstwo rzeczy”.
Zapadał wieczór i skierowaliśmy się do małego hoteliku Bellavista, który zdążyłem już pokochać. Następnego ranka wyruszyliśmy dość wcześnie na Monte della Guardia. Ze sportowego punktu widzenia spacer był raczej rozczarowujący. Jednak w oczach mieszkańców Ponzy góra ta ma duże znaczenie i jest masywna jak prawdziwy szczyt alpejski. Można to łatwo zrozumieć w kontekście rozmiarów i pejzażu wyspy. Dla osób przyjeżdżających z zewnątrz, z kontynentu, droga na wierzchołek to zdecydowanie krótki spacer, trwający parędziesiąt minut. A ja wyruszyłem z entuzjazmem i nadzieją na wielką wspinaczkę…
Natomiast z punktu widzenia badawczego wyprawa ta przedstawiała się o wiele ciekawiej niż zakładaliśmy. Pnąc się na szczyt, pomiędzy zaułkami wioski i coraz rzadszymi domami, zauważyłem na zboczu góry groty i naturalnie powstałe załomy skalne, zwykle zamknięte drewnianymi, prostymi i prymitywnymi bramami, których używano w przeszłości do przechowywania narzędzi rolniczych lub zwierząt domowych, a dziś służą za schowki przedmiotów o większych rozmiarach.
Później, gdy już zbliżaliśmy się ku wierzchołkowi, moi przyjaciele nakazali mi zboczyć nieco z drogi, chcieli mi bowiem pokazać coś szczególnego. Chodziło o położoną na uboczu jaskinię, porzuconą, a w każdym razie nieużywaną, która wyróżniała się niecodziennymi cechami. Tak naprawdę był to zespół grot. Większa, środkowa, przypominała w przybliżeniu mały kościół, kapliczkę o bardzo skromnych rozmiarach. Obok tego pomieszczenia znajdowały się dwa kolejne zagłębienia: jedno, po lewej stronie, w kształcie kwadratu, wysokie na niewiele ponad metr, szerokie i głębokie zdawało się niewielkim składzikiem, przechowalnią paru ubogich rzeczy, może pożywienia. Po prawej natomiast otwierało się kolejne wydrążenie, bardzo niskie, szerokie na parę metrów, idealne dla leżącego człowieka, który chciałby odpocząć lub zasnąć.
Mimo że nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, zdałem sobie natychmiast sprawę ze starożytności tego, co ujrzałem. Mogło to być schronieniem pasterza, ale wrażenie, jakie na mnie wywarło, zwłaszcza w kontekście zebranych przeze mnie wcześniej informacji o obecności eremitów i mnichów na Ponzy, nakazało mi skłaniać się raczej ku grocie pustelnika.
Poszliśmy dalej, aż dotarliśmy na szczyt góry.
Widok, jaki się stamtąd roztaczał, był niezwykły. Przyszło mi na myśl niegdyś przeczytane zdanie: „Bernardus valles, Benedictus montes amabat - święty Bernard kochał doliny (gdy zakładał swoje klasztory), a święty Benedykt góry”. A ta góra z widokiem na oblewające ją morze skłaniała z pewnością do mistycznych i pełnych uniesień rozmyślań.
Uderzyły mnie dwie rzeczy. Przede wszystkim, wielka waląca się budowla, która znajdowała się na samym wierzchołku wzniesienia. Był to prostokątny budynek, o wymiarach dwadzieścia metrów na dziesięć, dwupiętrowy, w stanie widocznego opuszczenia.
Powiedziano mi, że miało tu swą siedzibę lotnictwo wojskowe. Na środku jednego z dłuższych boków korpus budowli wchłonął niewysoką wieżę, górującą nad resztą o jakieś pięć metrów, raczej nieźle zachowaną, choć w ruinie. Przetrwała do dnia dzisiejszego, więc kto by ją zobaczył, może zauważyć, że na szczycie tejże wieży, pod warstwą współczesnych tynków, odrapanych i łuszczących się, widać wyraźne ślady krenelażu, kamiennych konsol, starszej bryły architektonicznej, częściowo zniszczonej lub zatartej przez późniejszych budowniczych, wzniesionej z całą pewnością w stylu średniowiecznym, bądź nawet wcześniejszym.
Kolejnym zastanawiającym faktem było uporządkowanie terenu. Jak daleko sięgał wzrok, cały okalający obszar wyraźnie dzielił się na płasko opadające tarasy o rozmiarach w przybliżeniu odpowiadających boisku piłkarskiemu. W tej przestrzeni, tu i tam pojawiały się pewne szczególne punkty, z daleka wydawało się, że miały kształt okrągły o promieniu około jednego metra. Podszedłem bliżej i przekonałem się, że są dość regularne. Gdyby mnie ktoś zapytał o zdanie, orzekłbym, że to zbiorniki na deszczówkę, która właśnie je wypełniała tego dnia - cysterny na wodę do użytku rolniczego.
Ten skrawek, porzucony od pewnego czasu, sprawiał wrażenie bardzo niegdyś zadbanego i urządzonego przez człowieka, przez kogoś, kto wybrał to miejsce na swoją siedzibę - może to była jakaś grupa lub wspólnota. Ślady tego zagospodarowania jednak już zbladły, zatarły się, stały się nieczytelne i nieprzeniknione. Prawdopodobnie, gdyby zaczęto tu kopać i oczyszczać pieczołowicie teren, coś pewniejszego mogłoby ujrzeć światło dzienne.
Po godzinnej wizycie opuściłem wierzchołek góry z wieloma pytaniami i bogactwem odczuć. Zapytywałem sam siebie, dlaczego ta ziemia została porzucona. Zaraz po obiedzie wyruszyliśmy łodzią na zwiedzanie groty Core. Popłynęliśmy wzdłuż brzegu wyspy, który otwiera się na południowy wschód - tę samą trasę pokonują rejsowe statki z Formii.
To wybrzeże, prawie przez całą rozciągłość wyspy, ma charakter skalisty - urwisko ma wysokość około stu metrów i gwałtownie opada ku morzu. Na linii połączenia ściany skalnej z tonią morską, wzdłuż strumienia wody dostrzec można wyżłobienia i jaskinie, dostępne jedynie wtedy, gdy podpłynie się łodzią, bądź wpław.
Widok nie różni się zanadto od innych urokliwych wybrzeży włoskich, ale zauważyć można dwie cechy szczególne. Uderza przede wszystkim żywa kolorystyka ściany skalnej, której barwy wahają się od białej, przez szarą, czarną do różowawej, układając się czasem w strefy jednolitego koloru, kiedy indziej zaś przybierając postać plam lub cętek.
Zainteresowanie budzą także owe ciekawe, regularne prześwity, podobne wielkim oknom na boku ściany, położone wiele metrów nad poziomem morza - przyciągnęły one moją uwagę już od pierwszych wizyt na wyspie. Amedeo i Tonino wyjaśnili mi, że były to prawdziwe okna, wykute przez Rzymian wzdłuż biegu głównego, wybudowanego przez nich akweduktu, który przecina wyspę na całej jej długości. Akwedukt miał się łączyć ze skomplikowanym systemem podziemnych zbiorników, istniejących do naszych czasów, zlokalizowanych w strefie zamieszkałej, dzisiaj używanych częściowo jako ciche wysypiska śmieci i składy przedmiotów o dużych rozmiarach.
Rozmawiając o tych sprawach, dotarliśmy do tego punktu na wybrzeżu, w którym dostrzec można na ścianie o jednolitej szarej barwie naskalny ciemnobrunatny rysunek o okrągłym kształcie, widoczny nawet z daleka. Obraz, stworzony przez skalny wtręt kolorystyczny o odmiennej barwie, znajduje się na wysokości kilkudziesięciu metrów nad morzem i przypomina serce. Stąd właśnie jego nazwa - Core, czyli Serce.
Pionowo pod Sercem, nad lustrem wody dostrzegłem otwór o regularnej formie, w którym z trudem dało się wpłynąć naszą łodzią. Było to wejście do przestronnej jaskini, którą mieliśmy zamiar zwiedzić.
Kiedy dostaliśmy się już do środka, po krótkim czasie, niezbędnym, by oczy przystosowały się do zmroku, zwróciłem przede wszystkim uwagę na to, że prawie cała podstawa groty zalana była przez morze, którego głębokość dochodziła tu do kilku metrów. Wyjątek stanowiła część położona w głębi, gdzie - jak się zdawało - nagromadziły się kamienie i żwir, tworząc małą przystań.
Popatrzyłem dokładniej (oczy coraz lepiej radziły sobie z półmrokiem) i zauważyłem, że ten materiał skalny spadł z wysoka i to niewątpliwie z wydrążenia, jakie znajdowało się nad nim na suficie jaskini.
Powoli uświadamiałem sobie, że sklepienie groty miało kształt półkolisty, bardzo regularny - sprawiało wrażenie kopuły bazyliki. Mimo że pozory mogłyby wskazywać na naturalne pochodzenie wyżłobienia, miało ono dość szczególny charakter. Wnętrze, rozświetlone snopem światła wpadającym z zewnątrz, jawiło mi się teraz jako błyszcząca świetlista podłoga, a sklepienie tchnęło mistyczno-magiczną atmosferą wielu starożytnych miejsc kultu.
Przybiliśmy do brzegu w głębi groty, gdzie leżało nieco zebranego żwiru i zabrałem się do fotografowania wszystkiego, co tylko mogłem. Nagle zorientowałem się, że regularność tej naturalnej kopuły przerywały otwory, rozłożone równomiernie - zdawałoby się, że to wytwór rąk ludzkich.
Wedle wiedzy moich towarzyszy, były to okna wcześniej wspomnianego akweduktu, który w jakiś sposób docierał także do jaskini.
Wyjaśnienie było w sposób oczywisty niedorzeczne. Ewentualny ciek wodny z całą pewnością - i na darmo - wpadałby przecież do morza. Nie zdołałem pogłębić tego zagadnienia, ale dostrzegłem ze zdumieniem, że jeden z tych otworów, nieco mniejszy kanał, nie leżał - jak cały akwedukt - równolegle do ściany wyspy, ale był wydrążony poprzecznie, w kierunku wschodnim, skierowany w przybliżeniu od wnętrza groty ku wschodowi słońca. Nie miałem jednak ze sobą kompasu i nie mogłem tego stwierdzić z całym przekonaniem.
Gdy tak rozglądaliśmy się wkoło w cichej kontemplacji, usłyszeliśmy przytłumione głosy, odbite echem i wzmocnione akustyką jaskini. Później, cień dużej łodzi ukazał się w świetle wejścia. Doznałem dziwnego uczucia zakłopotania i niesmaku, jak gdyby ktoś zakłócał naszą samotność i nasze rozmyślania. Łódź wpłynęła jedynie częściowo i zastygła na parę minut między światłem dnia i mrokiem wnętrza. „Zaborcy” naszej ciszy mówili po niemiecku, słychać było jedynie krótkie zdania, bądź oderwane słowa, wyrażające podziw, zaskoczenie, zachwyt. Potem odpłynęli.
Wsiedliśmy ponownie do łodzi. Opuściliśmy grotę i wtedy zauważyłem, że na skalnej ścianie, nieco poniżej Serca znajdował się otwór, który dokładnie odpowiadał zakończeniu owego kanału, dla mnie niezrozumiałego, który dostrzegłem we wnętrzu. Przyczyny jego istnienia zanurzone były w mroku dziejów, w erozjach, osunięciach, stopniowym pogarszaniu się ludzi i czasów.
… i na Zannone
Wyspa Zannone leży na południowy wschód od Ponzy. Amedeo i ja wyruszyliśmy pewnego ranka, około godziny dziesiątej, na wyposażonej w zewnętrzny silnik wygodnej łodzi, nie roszczącej sobie pretensji do rozwijania wielkich prędkości. Dość szybko przemknęliśmy wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża większej wyspy. Ponownie ujrzałem skalistą ścianę z otworami akweduktu, grotę Core i wejście do niej, a tymczasem myśli i refleksje tłoczyły się w moim umyśle.
Pamiętam, że rozmyślałem nad tym, czego mógł doświadczać człowiek w zamierzchłych czasach, przemierzając te same szlaki morskie na powolnych łodziach, wyposażonych w wiosła, bądź nawet w żagle, którymi podróż musiała być zdecydowanie bardziej męczących niż dostępnymi dzisiaj, które mają o wiele większe możliwości. Rozważałem, ile mieli do dyspozycji czasu, podczas tych niekończących się podróży, na przemyślenia i medytację, na strach i modlitwę, na niepokój i refleksję, na owo badanie własnego ducha, które dzisiaj jest takie trudne ze względu na piętrzące się bodźce, żądania, informacje, obrazy.
Skończyła się skalista ściana, przepłynęliśmy obok wysepki Gavi i skierowaliśmy się na otwarte morze. Była piękna pogoda, a morze pluskało spokojnie. Zannone się do nas zbliżała. Dość szybko zaczęliśmy rozróżniać szczegóły wyspy. Spodziewałem się wygodniejszego miejsca do przycumowania, małego portu, mola, ale się przeliczyłem. W każdym razie, wyjście na ląd nie sprawiło nam większych trudności. Pod wodą, w pobliżu brzegu, przeczuwało się obecność ruin starych zabudowań.
Wyspa w rzeczywistości jest górzystym wzniesieniem wystającym z wody. Porównać ją można oczyma wyobraźni do gigantycznego żółwia. Mieliśmy zamiar wspiąć się aż na szczyt góry, podążając wygodnym szlakiem, wzdłuż którego różne napisy i plakaty co rusz informowały nas, że znajdujemy się na obszarze chronionym, w parku naturalnym.
Nagle, niedaleko nas usłyszałem wyraźnie głuchy tętent galopującego zwierzęcia. Ziemia dudniła od hałasu kopyt czegoś na pewno większego od kozy. Słychać było także szelest przesuwanych w biegu gałązek. Odgłosy dochodziły z bardzo bliska, ale nikogo i niczego nie zobaczyłem. Amedeo powiedział, że to muflony, których dość liczna kolonia żyje na wyspie.
W krótkim czasie dotarliśmy w okolice wierzchołka, w pobliże współczesnego, dość niewydarzonego budynku - siedziby straży parku. Okrążyliśmy go dookoła i mogłem wówczas stwierdzić, że jego ściany wpisują się w resztki bardzo starego budynku. Cały teren w kierunku północnym był usiany ruinami murów. Niewiele zostało elementów architektonicznych, jakiś portal, ściana, okno. Mimo to, dość wyraźnie dostrzec można całościowy zarys osady. Niektóre lepiej zachowane fragmenty budowli natchnęły mnie wrażeniem zanurzenia w przeszłość.
Długo krążyliśmy wśród ruin, odkrywając wiele ciekawych rzeczy. Przede wszystkim, na ziemi leżało dużo starych, ręcznie wytwarzanych dachówek. Małe pomieszczenie w przyziemiu zachowało się w stanie niemal nietkniętym, nie mogłem jednak dojść, jakie było jego pierwotne przeznaczenie - nie miało okien ani otworów, ale za to przetrwało sklepienie i dobrze otynkowane ściany.
Na innej ścianie siedziby dłuższy i grubszy fragment muru, długi na około parędziesiąt metrów, podzielony na nisze wysokości człowieka, wskazywał na użytkowanie jako dormitorium.
W zaroślach udało nam się odnaleźć okrągłą, starą cysternę, jeszcze pełną deszczówki. Nieopodal leżały duże, kwadratowe przedmioty z kamienia, o wygładzonym i regularnym wyżłobieniu, które mogły służyć za poidła dla zwierząt domowych lub za zbiorniki dla celów rolniczych.
Nieco na uboczu, w gęstwinie krzaków stał inny, dwupiętrowy budynek.
Cały kompleks wydawał się dość rozległy, dobrze przemyślany i uporządkowany, zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę jego odległe położenie, z dala od Ponzy i innych ziem, w miejscu, gdzie o każdy przedmiot codziennego użytku, nawet najpotrzebniejszy, było bardzo trudno. Krążyliśmy tak przez parę godzin, wzajemnie pokazując sobie nasze małe odkrycia.
Błąkaliśmy się wśród ruin i zachowanych fragmentów z nieco infantylną radością, zbieraliśmy kamienie i odłamki z prostodusznością dziecka, które kolekcjonuje kolorowe kamyczki - z tą jedyną różnicą, że każde znalezisko miało autentyczny związek z prowadzonymi przez nas badaniami. Były to małe kawałki ludzkich wytworów z epoki, niewielkie przedmioty, które ktoś w tamtych latach u progu drugiego tysiąclecia obrobił, przetworzył i używał. Nie sposób było przy okazji nie pomyśleć o odczuciach i wrażeniach tych, którzy wówczas krążyli wśród tych zabudowań. Przypomniałem sobie, że gdzieś przeczytałem, że Rainier był kopistą, umiał pisać. W zrozumiały sposób dając się ponieść wodzom fantazji, wyobraziłem go sobie w tych miejscach, oddanego zajęciom klasztornym. Wiedziałem, że obrazy przemykające przez moją głowę to tylko ułuda, ale obecność Mnicha w tych stronach to rzeczywistość.
Podróż powrotna zdała się minąć w mgnieniu oka.
Skryptorium
Moje życie w ostatnich czasach doznało zasadniczej przemiany. Także historia Rainiera na pewno w jakiś sposób wpłynęła na mój stan ducha. Zdawało mi się, że odnalazłem coś ważnego, istotnego i stymulującego tylko dla mnie, coś, co miało stać się źródłem ustawicznych, małych, zaskakujących niespodzianek.
Doszła do tego pewna nowość, jeśli chodzi o wyjazdy - pośród ogólnego zdziwienia moich najbliższych (jedynych, którzy wiedzieli o mojej przygodzie) zacząłem dość często podróżować na Ponzę, co było logiczne w perspektywie zaplanowanej konferencji, ale także do Chiusdino i Monte Oliveto.
Powracałem zatem do Monte Oliveto więcej niż raz, z pewną częstotliwością, bowiem właśnie tam rozpoczęły się moje rozważania, a ponadto, było to jedno z nielicznych miejsc, w których mogłem spokojnie rozmyślać, gdyż nie wytrącały mnie z równowagi różne pilne, a ulotne sprawy śmiertelników.
Dany mi był także i inny przywilej: mogłem uczestniczyć w nabożeństwach wraz z zakonnikami. Miało to dwa zbawienne efekty: przede wszystkim, praktyki religijne w tym miejscu odbywały się codziennie w sposób spontaniczny, naturalny, niewymuszony, związany z rytmem życia, a nie sztywnymi zaleceniami pism, nakazów, obowiązków i nauki, z dala od krytycznych spojrzeń tych, co to przyglądają ci się i kontrolują, by oskarżyć cię o bigoterię lub areligijność, o nieobecne uczestnictwo albo o wolnomyślicielstwo. W takich miejscach czuć obecność Bożego Ducha, jest on częścią życia, otoczenia, powietrza, którym się oddycha. Jest to Istnienie powszechne, ale nie przytłaczające, które nie wymaga ciągłego zdawania egzaminu z wiary czy stawiania czoła własnemu agnostycyzmowi czy też odczuwania wyrzutów za głoszone herezje. Nie jest ani świeckie ani religijne. Jest.
Drugi dobroczynny skutek stanowiło niewątpliwie przeniesienie mnie w atmosferę bliską średniowiecznej, którą chciałem przeżywać w możliwie najbardziej namacalny sposób, by pojąć zdarzenia, sprawy i ludzi, nad którymi się pochylałem. Uważałem (i, jak się miało później okazać, nie myliłem się), że należało oddalić się od współczesnego rytmu życia, doświadczyć innego wymiaru, nie być już inżynierem, profesjonalistą, urzędnikiem dojeżdżającym do miejsca pracy, dyrektorem, profesorem, użytkownikiem, specjalistą, ekspertem, kupcem, technikiem z uprawnieniami, doradcą, odbiorcą, abonentem, klientem, konsumentem… Nie jest to z pewnością naukowa i oficjalnie przyjęta metoda badawcza - mogłaby raczej być poszukiwaniem czegoś, co utraciliśmy po drodze.
Z niejasnym odniesieniem do klasztornego skryptorium, do którego w wyobraźni uczęszczałem, zabrałem ze sobą dwie książki - jedną poświęconą średniowiecznej kaligrafii, drugą o Joachimie z Fiore, której lektura w przeszłości z pewnością wydałaby mi się absurdalna.
Pierwsza z wymienionych pozycji dotyczyła mojej starej pasji, zdecydowanie powiązanej z badaniami nad Rainierem, jako że zdradzała moje wcześniejsze zainteresowanie Średniowieczem. Już od dziecka fascynowało mnie pismo, które zwykle określamy gotykiem. Przechowywałem kartki z życzeniami bożonarodzeniowymi zapisanymi tą czcionką, starając się odtworzyć, przy użyciu prymitywnych narzędzi, charakter zapisanych tymi znakami słów. Jedynym skutecznym systemem było zamykanie się w klasie podczas przerwy i pisanie na tablicy przy użyciu kredy, skierowanej ukośnie, a nie na sztorc. Moi koledzy i nauczyciele przyglądali mi się z podejrzliwością i zdumieniem.
Później, oczywiście też sam, odkryłem umiejętność pisania zaostrzonym piórem, a jeszcze później nauczyłem się przycinać trzciny rosnące na mokradłach i gęsie pióra, by pisać jak kopiści. Książka o kaligrafii, którą zabrałem ze sobą, odkryła przede mną wiele interesujących i ciekawych szczegółów. Pamiętam na przykład zdania hermetyczne i śmieszne (co więcej, z założenia bez sensu), którymi posługiwali się skrybowie, doskonaląc się w kunszcie właściwego stawiania wszystkich znaków:

te canit adcelebratque Polus rex gazifer himnis,

lub:

trans zephirique globum scandunt tua facta per axem.

Zdania te, tak skonstruowane, by łatwo je zapamiętać i zapisać w wolnej chwili, zawierały wszystkie litery alfabetu.
Inne, jak

mimi numinum nivium minimi munium nimium vini muniminum imminui vivi minimum volunt

musiały być zapisywane przy użyciu pionowo rozciągniętych znaków, całkowicie regularnych i nierozróżnialnych między sobą, ażeby właśnie przez tę ich nieczytelność podkreślić rytm i kadencję kanciastego pisma gotyckiego.
Jeszcze inne, notowane ukradkiem po wewnętrznej stronie oprawy lub na innych, w każdym razie schowanych miejscach, zdradzały nastroje, zmęczenie, napięcie czy też stanowiły pretekst do upustu emocji w samotności.
Ale to już temat na inne opowiadanie.
Jedno jest pewne: kiedy dowiedziałem się, że Rainier był także kopistą (rzecz, która nie zdumiewa w środowisku zakonnym), stał mi się on jeszcze bliższy. To kolejny element, który podskórnie i w sposób niemal sentymentalny przybliżył mnie do stanu ducha i atmosfery czasów, które na nowo przeżywałem.
Poprosiłem i uzyskałem od mnichów zgodę na zobaczenie starej biblioteki klasztornej i laboratorium renowacji manuskryptów. Ze względów oczywistych nie miałem czasu ani możliwości, by szukać Rainiera także tam. W tamtej chwili potrzebowałem jedynie rozważania i pisania. Uczestniczyłem jednak w nabożeństwach, jak już wspomniałem, podczas których poruszyły mnie szczególnie niektóre modlitwy, zwłaszcza te wieczorne, odmawiane podczas tak zwanej komplety. Jedno zdanie, pośród tych śpiewanych przez zakonników o tej porze, wywarło na mnie niezatarte wrażenie:

… non timebis… ab exterminio vastante in meridie… a sagitta volante in die… - nie dasz się zastraszyć... niszczącej sile w południe... strzale lecącej w świetle dnia...

Moja wyobraźnia pobiegła ku spalonym skwarem godzinom zamierzchłych czasów, kiedy słońce spadało oślepiająco ze szczytu sklepienia niebieskiego, kiedy zasadzki i pokuszenia czaiły się i przychodziły znienacka, opadając na kurz ustronnych ścieżek, na dusze i ciała samotnych ludzi, spragnionych i zmęczonych pielgrzymów, szepczących modlitwy pośród niewielu plam zarośli, które wyrastały na spalonej, gliniastej sieneńskiej ziemi…
Zabijcie ich wszystkich
Wiadomości, poniekąd marginalne, które zbierałem na temat herezji i templariuszy, zaczęły budzić we mnie zainteresowanie, daleko przekraczające szczegółowe badania nad Rainierem.
Było jasne, że zarówno Rainier, jak i Joachim równie intensywnie przeżywali dramat rozprzestrzeniania się kacerstwa.
Ten dramat jednak, zwłaszcza w przypadku Rainiera, musiał przybrać różne formy. Herezja, a raczej walka z nią naznaczyła jego pierwszą oficjalną misję, zleconą mu przez Innocentego III. Kontakt z różnowiercami z pewnością miał wpływ na podjęcie decyzji o rezygnacji z funkcji legata. Herezja przyczyniła się więc w pewien sposób do jego upadku, jako że jego dzieło w Langwedocji nie powiodło się.
Czy ta historia wpłynęła później na kolejne jego wybory?
Można pomyśleć, że nie podzielał założeń papieskich, może cierpiał z powodu swego niepowodzenia, może wybrał drogę ucieczki. Szczególnie interesowało mnie i budziło wrażliwość wszystko to, co dotyczyło herezji i inkwizycji. Pytałem sam siebie zwłaszcza o to, jaki był stosunek Mnicha - także chronologiczny - do kwestii inkwizycji.
Właśnie wtedy, przeszukując regały nieco niszowej księgarni, natrafiłem na książkę, która wydała mi się ciekawa, zatytułowaną I Catari, autorstwa Anne Brenon, a niewiele później znalazłem pozycję Elogio della Inquisizione, pióra Jean-Baptiste Guirauda. Tytuły zdawały się interesujące, a drugi był wręcz prowokacyjny.
To w tych tekstach po raz pierwszy natknąłem się na nazwisko, które miało mi towarzyszyć przez następne lata wraz z budzącymi przezeń przemyśleniami, nierozstrzygniętymi wątpliwościami i niepokojami. Na razie pojawiało się jako imię jednego z dwóch kondotierów, którzy poprowadzili szczególną krucjatę przeciwko innym chrześcijanom, przeciwko katarom z Albi, czyli albigensom.
Mowa o Arnaldzie-Amalryku.
Był to opat, którego papież wybrał na przywódcę duchowego krucjaty przeciwko albigensom i postawił u jego boku dowódcę wojskowego, Szymona z Montfort. Otaczała go niechlubna sława niesłychanego okrucieństwa. Arnald-Amalryk, zapytany przez żołnierzy podczas oblężenia Bézier, jak podczas inwazji na miasto odróżnić katolików od katarów, miał odpowiedzieć: „Zabijcie ich wszystkich, Bóg rozpozna swoich”. Nie wiadomo z całą pewnością, czy ta anegdota jest prawdziwa, ale dobrze oddaje klimat, jaki wytworzył się wokół krucjaty przeciwko albigensom.
Postać Arnalda-Amalryka jawi się jako ciemna i krwawa, budząca wątpliwości ze względu na kontrast między jego przynależnością do religijnego świata zakonnego, a jego rolą jako duchowego przywódcy ekspedycji wojskowej przeciwko heretykom, którzy jednak określali się jako chrześcijanie.
Jego posępny i niepokojący profil na kartach tej historii wzbudzał we mnie uczucie niesmaku i odrazy, którego nie potrafiłem stłumić.
„Zabijcie ich wszystkich, Bóg rozpozna swoich”. Przypisywane mu zdanie prześladowało mnie jako człowieka i jako chrześcijanina.
Jego postępowanie w emblematyczny sposób ukazuje okrucieństwo i najbardziej radykalne nastawienie instytucji religijnych do problemu herezji. Wraz z nim rodził się faktycznie, ale i prawnie ten ruch, ta religijna działalność represyjna, ten system kontroli idei, który przeszedł do historii pod nazwą Świętej Inkwizycji.
Zorientowałem się, że ciągle na niego trafiam, ilekroć mowa o albigensach, katarach, inkwizycji, średniowiecznej przemocy. Wrażenie tej wysokiej częstotliwości mogło wynikać u mnie z silnych emocji, jakie wywoływało jego imię. Przeczuwałem doniosłość, bolesne znaczenie mojego z nim historycznego spotkania, ale na tę chwilę było to jedynie moje odczucie.
Katarzy, mimo że głosili idee nie do przyjęcia, wydawali mi się ciągle raczej ofiarami okrutnego, a przez to głęboko niesprawiedliwego prześladowania, natomiast Arnald-Amalryk jawił się jako ich kat i oprawca.
Inna jeszcze postać wywarła na mnie wrażenie i często powracała w moich rozważaniach - Roger-Rajmund Trencavel, młody szlachcic katarski, który zgłosił się jako zakładnik, by uratować życie swoim poddanym i został podstępnie zgładzony przez żołnierzy ArnaldaAmalryka i Szymona z Montfort.
Nazwisko Trencavelów owiane było pewną tajemnicą. Wiadomo, że rodziny katarskie, które uratowały się z pożogi, uciekły w rozmaitych kierunkach, głównie jednak w okolice piemonckie i lombardzkie. Zwłaszcza ten ostatni region cieszył się ich dużą obecnością, biorąc pod uwagę, że ich najznamienitsi teologowie, jak Dezyderiusz z Concorezzo, Marek z Lombardii i Jan z Lugio wywodzili się z terenów dzisiaj należących do Lombardii. Anne Brenon, francuska badaczka, która szczególną uwagę poświęciła katarom, wspomina ciągle o tych ucieczkach, podając jako miejsce schronienia niezidentyfikowane miasto „Coni”: Como, a może Cuneo?
Niewiele zachowało się śladów po tych migracjach, trudnych do odnalezienia, ale nie niemożliwych. Jednym ze zmartwień owych uchodźców była konieczność zmiany nazwiska tak, by utrudnić ich identyfikację, ale eksperci są w stanie ją przeprowadzić. A jednak po Trencavelach słuch zaginął: gdzież oni się podziali?
Roger-Rajmund Trencavel i Arnald-Amalryk byli uwikłani w jedną historię, wpisani we wspólny los jak dwa przeciwstawne bieguny na krańcach tej samej tragedii, równie emblematyczne. Czułem w jakiś sposób, że muszę się o nich więcej dowiedzieć, mimo że na ich temat, poza natychmiastowym zapisem ich dramatu, prawdopodobnie nie zachowało się nic pewnego i udokumentowanego. W każdym razie, był to przecież scenariusz historyczny, w którym poruszał się także Rainier - między Kościołem a heretykami, Italią a Langwedocją, mistycyzmem a przemocą.
Jak miałem stwierdzić później, książki, przemyślenia i postacie, które znajdowałem na mojej drodze, miały odegrać kluczową rolę w zrozumieniu rozwoju myśli wokół Rainiera, a także w dokonaniu oceny postaw psychologicznych, kulturalnych i opiniotwórczych, wśród których przyszło mu działać.
Zebrałem nieprzebrane morze informacji i materiału, dzięki czemu mogłem zrekonstruować obraz bardziej całościowy i kompletny niż kiedykolwiek wcześniej marzyłem, a również te postacie pomocnicze, jak Arnald-Amalryk i Roger przyczyniały się do odtworzenia tła wydarzeń i panującego wokół nich klimatu.
Fossanova, Chiaravalle della Colomba, Mussomeli, potem konferencja
Dojrzewał we mnie pomysł zorganizowania konferencji poświęconej Rainierowi z Ponzy: po rozmowie z wyspiarskimi przyjaciółmi uzyskałem ich zgodę i przez kilka kolejnych miesięcy cały mój czas i entuzjazm poświęcałem na przygotowanie tego projektu, który innym wydawał się ciekawostką czy akademią ku czci. We mnie natomiast plan ten budził szczególne, niemal niewytłumaczalne emocje - miałem poczucie, że przeczułem coś, co łączyło zakamarki mojej pamięci i moich uczuć z tym nieprawdopodobnym odkryciem, związanym z konkretnym miejscem i czasem, które z niejasnych przyczyn leżało pochowane pod nawarstwieniem dziejów, oczekując, aż ktoś je odkryje i przywróci do życia.
Zdawało mi się, że znalazłem wśród ruin garniec starożytnych monet lub niewielki skarb i chciałem pozbyć się wszelkich wątpliwości co do istnienia i wartości znaleziska, które spoczywało w moich dłoniach. Rzuciłem się z radością w wir przygotowań do konferencji o Rainierze. Rozsnułem nić szerokich kontaktów ze środowiskiem zakonnym, które uznawałem za w naturalny sposób połączone czy warte połączenia z postacią Rainiera.
Jako pierwszych wymienię oczywiście cystersów. Nawiązałem znajomość z cysterskim opactwem Fossanova, ale nie uzyskałem upragnionych rezultatów. Odpowiedziano mi, że nie znajdują się w ich posiadaniu poszukiwane przeze mnie dokumenty i pożegnano mnie.
Przeczytałem później przypadkiem w gazecie zawiadomienie o zbliżającym się kongresie poświęconym templariuszom, który miał mieć miejsce w Piacenzy, a raczej w Chiaravalle della Colomba, cysterskim klasztorze nieopodal Piacenzy. Wśród prelegentów odnalazłem nazwisko profesora historii średniowiecznej, F.C., o ustalonej renomie, która była mi znana. Postanowiłem udać się do niego, korzystając z okazji, że mogę go poznać, żeby porozmawiać o Rainierze i Galganie oraz by uzyskać jego opinię w kwestii pierworództwa miecza w skale: czy wywodził się on z mgieł Północy, z Bretanii czy też z Toskanii? Pamiętam błyskawiczną podróż między Mediolanem a Piacenzą. Miałem do dyspozycji niewiele czasu, wykrojonego z trudem w natłoku innych zajęć.
W pośpiechu dokonałem wszystkich formalności związanych z wpisem na konferencję i udało mi się wreszcie zobaczyć F.C., który zasiadał za stołem prezydialnym wśród autorytetów, które przewodniczyły kongresowi. Wyczekałem do zaplanowanej przerwy i wślizgnąłem się na podium, siadając na sąsiednim krześle, które na chwilę się zwolniło. Zdołałem, jak sądzę, w kilka sekund przedstawić się i naszkicować mu moje problemy i wątpliwości dotyczące świętego Galgana, Okrągłego Stołu, rycerstwa, templariuszy, katarów i w końcu - Rainiera. W zaskakujący sposób pojął w lot nurtujące mnie dylematy, zasugerował mi skorzystanie z pewnych dokumentów, ale przede wszystkim zalecił mi skontaktowanie się z cystersami, gospodarzami spotkania. Wręczył mi swój numer telefonu, który potem zgubiłem, i poprosił, bym się do niego zgłosił w późniejszym czasie. Wszystko to było kwestią nie więcej niż pięciu minut.
Zatrzymałem pierwszego cystersa, którego znalazłem w krużgankach i zapytałem, czy mógłby mi udzielić pomocy w badaniach historycznych. Od razu wymienił imię ojca Goffredo. „Niestety, nie ma go tutaj. Niech pan go szuka we Florencji”. Nie czekałem nawet jednego dnia. Natychmiast zadzwoniłem do ojca Goffredo i po paru dniach odwiedziłem go we florenckiej kartuzji.
Zadzierzgnięta z nim przyjaźń okazała się niezapomnianym doświadczeniem. Opowiedziałem mu wszystko o moich badaniach, o tym, co pewne i co wątpliwe, o planach, o konferencji, o książkach, które chciałem napisać. W nim, prócz gderania i wymówek, miałem odnaleźć najbardziej zapalonego poplecznika, który zawsze zachęcał mnie, bym szedł naprzód - wśród szczerej krytyki i ironicznych komentarzy, które już na tym etapie towarzyszyły mi w wędrówce przez historię.
Nawiązałem kontakt także z opactwem na Montecassino, które tak głośno znane i widoczne z wszystkich dróg Południa mogło przyciągnąć uwagę Rainiera. Zatelefonowałem, uzyskałem zapewnienie, że któryś z zakonników weźmie udział w konferencji, nie wystarczyło mi jednak czasu, by udać się osobiście na miejsce, żeby zebrać bezpośrednie informacje. Przesunąłem zatem wizytę na pomyślniejszą chwilę.
Wówczas sprawy służbowe zagnały mnie na kilka dni na Sycylię, do Messyny, a później do Mussomeli, gdzie - zapewne niepotrzebnie to dodam - myśl o Rainierze nie zostawiła mnie w spokoju.
Przybyłem do Mussomeli w ulewny i wietrzny dzień. Deszcz, który lał się z nieba z gwałtownością tropików, zamieniał się w kałuże, strużki, strumienie, potoki, które z kolei czyniły z ulic i schodów pośród okolicznych wzniesień prawdziwe rzeki. Także ziemia na polach była poryta i poorana bruzdami, wypełnionymi nagłymi uderzeniami wody. Z daleka, na tle ciemnogranatowego nieba, wyłoniła się przed moimi oczyma ufortyfikowana warownia Zamku. Z tego, co udało mi się później ustalić, całe przyległe terytorium było pierwotnie pokryte lasami. Nazwa Mussomeli miała pochodzić od Mons Mellis, góra miodu, choć istniały już w przeszłości uzasadnione wątpliwości co do etymologii.
Szperając wśród tekstów o lokalnej historii, dowiedziałem się, że w okolicy musiała istnieć arabska forteca, zwana Kalat abd el Muslim lub Kalat abd el Mumin, po której nie został ślad. Zastanawiałem się, czy Mussomeli nie pochodziło właśnie od słów El Muslim. Później miałem się przekonać, że było to możliwe i całkiem prawdopodobne. Początków zamku, w jego obecnym kształcie, upatruje się ogólnie w latach rządów Manfreda albo w XIV czy XV wieku, albo ewentualnie w epoce wcześniejszego, chaotycznego osadnictwa normańskiego.
Wśród pewnej nieufności i problemów, konferencja o Rainierze przybiła do portu na Ponzy. I to przybiła szczęśliwie. Wystarałem się o zgodę, obecność i wiarygodny udział specjalistów i historyków, podczas obrad wystąpili prelegenci z uniwersytetów w Mediolanie, Rzymie, Berlinie, Oxfordzie, Reggio Calabria, zakonnicy cysterscy i benedyktyńscy, którzy rozwiali wszelkie wątpliwości co do istnienia Rainiera, co do jego ludzkiego wymiaru, co do jego związków - czy to z urodzenia czy z powołania zakonnego - z wyspą Ponzą.
Mieszkańcy wyspy wsparli konferencję goszcząc wszystkich, gorąco, choć większość zachowała pewien zdrowy, śródziemnomorski dystans, jeśli nie liczyć tych najbardziej zafascynowanych, jak Amedeo, Tonino, Sandro, Ernesto, Erasmo… Wielu mówiło o Rainierze i przytaczało ważne szczegóły: nie udawało się odtworzyć prawdziwej biografii, z kompletnym następstwem dat i wydarzeń, ale można było nakreślić dokładny zarys, bogaty w detale i przeżyte emocje. Kiedy wyjeżdżałem z Ponzy, przy załadunku na statek na niebie wisiały czarne chmury. Po raz pierwszy w życiu widziałem wysokie trąby morskie i potężne fale, które wznosiły się, kręte i białe, na horyzoncie, za Zannone.
W domu
Nie można było uznać tej przygody za zakończoną. Zbyt wiele spraw pozostało nierozwiązanych.
Uderzyła mnie i powracała jak wyrzut w moich rozważaniach postać Rogera-Rajmunda Trencavela, owego młodego szlachcica katarskiego, który oddał się w niewolę jako zakładnik, by uratować życie swych poddanych i został podstępnie zamordowany przez żołnierzy Arnalda-Amalryka i Szymona z Montfort. Co stało się z Trencavelami? Co sądzić o inkwizycji?
A Arnald-Amalryk? Jakie o nim mieć zdanie? Legenda to czy rzeczywista postać historyczna, wraz ze wszystkimi bulwersującymi kontrastami? Czułem, że muszę się o nich więcej dowiedzieć. Wydawały mi się te postacie zestawione biegunowo, lecz równie znaczące. Teraz, w domu, miałem czas na przemyślenia. A obecność Rainiera miała się ponownie objawić w sposób niezwykły i nieoczekiwany, jak zwykle. Wróćmy jednak do porządku rzeczy.
Podczas lektury tekstów o Rainierze, które znajdowały się w moim posiadaniu, przyciągnęły moją uwagę, między innymi, imiona Diopolda z Vohburga i Waltera z Brienne w kontekście pewnej misji, powierzonej Rainierowi przez papieża w Terra di Lavoro, na południu Italii, na pograniczu dzisiejszego Lacjum i Kampanii.
Diopold to z pewnością dość niepospolite imię: nie znałem nikogo, kto tak by się nazywał, ale mimo to było mi to imię w jakiś sposób znane, gdzieś słyszane. Nie potrafiłem dociec przyczyn tego mojego obeznania czy też zażyłości. Szukałem wszędzie, badając prace do historii lokalnej, odnalezione w bibliotece. Oczywiście, była mowa o Diopoldzie w odniesieniu do tej epoki i miejsc.
To jednak nie tłumaczyło, dlaczego imię to brzmiało mi tak znajomo. Później, nagle, pewnego wieczoru, gdy byłem zajęty czym innym, doznałem olśnienia i skierowałem swe kroki ku domowemu schowkowi, pełnemu rozmaitych staroci. Z odzyskaną pewnością wziąłem w ręce sztych z końca XIX stulecia, który - odkąd pamiętam z dzieciństwa - zawsze wisiał u nas w domu na ścianie i dopiero niedawno został zdjęty. Przedstawia on dwie osoby, w strojach mniej więcej szesnastowiecznych - jedna z nich przyjmuje postawę arogancką, drugą widzimy w momencie, gdy zrywa z siebie bandaże, które krępowały jej ciało.
W tle, na murze widocznym na obrazie widać kamień z napisem: „OPPIDUM SARNI ANNO MCXX”, Zamek w Sarno, rok 1120. Pod nim, dla zilustrowania wydarzenia, rytownik napisał: „Waleczny Brenna, w więzieniu u Diopolda, odrzuca jego przymierze i gniewnie rozdziera swe rany”.
Imię Diopolda zgadzało się co do joty, natomiast Walter z Brienne przekształcił się w Brennę, przez asonans z na wpół legendarnym wodzem epoki rzymskiej. W każdym razie, przedstawione wydarzenie odpowiadało na pewno temu, które miało miejsce w życiu Mnicha z Ponzy. A zatem, pewne elementy żywotu Rainiera od zawsze były mi bliskie. Zdałem sobie sprawę, że już od dziecka miałem przed oczyma wyobrażenie pewnego zdarzenia, z historycznego punktu widzenia o małym znaczeniu, znanego niewielu, ale w którym Rainier z moich badań miał interweniować jako dyplomata. Zastanawiało mnie, jaki dziwny los postawił Rainiera, wraz z tym wszystkim, co go dotyczyło, na mojej drodze - z takim uporem, z taką strategiczną premedytacją. W tym czasie, pewnego wieczoru wracając do domu, zastałem gościa, przyjaciółkę rodziny, która na nasze zaproszenie miała spędzić pod naszym dachem parę dni. Częściowo uchylając prawo do prywatności, muszę zdradzić jej nazwisko: nazywała się Trincavelli. Słyszałem je przecież nieskończoną ilość razy, ale wówczas zabrzmiało nagle odmiennie i odkrywczo w kontekście ucieczki katarów do Lombardii.
Nie mogłem nie dostrzec ze zdumieniem bliskiego pokrewieństwa z nazwiskiem Trencavel. Postanowiłem przeprowadzić na własny użytek badanie statystyczne i odkryłem, że we Włoszech nazwisko to w zitalianizowanej postaci pojawia się 45 razy w książkach telefonicznych, z czego ponad połowa, 25 przypadków, przypada na dość niewielki obszar, na pograniczu prowincji Como i Lecco, ze szczególnym zagęszczeniem w dwóch gminach o raczej małych i średnich rozmiarach, na wschodnim wybrzeżu Jeziora Como, na odgałęzieniu, które nazwę zawdzięcza Lecco - to w tym zakątku Lombardii znaleźli schronienie uchodźcy katarscy.
Także Roger-Rajmund Trencavel, jego bliscy i potomkowie byli mi w takim razie bliscy przez całe życie.
Nadeszła wreszcie Noc Bożego Narodzenia 1995 roku. Wiele podobnych nocy mijało mi, dzielonych na sen, opiekę nad moim nowo narodzonym synem i rozważania nad Rainierem - wtedy akurat moje maleńkie dziecko nie mogło zasnąć ze względu na nękającą go chorobę, a Rainier zajmował wiele moich myśli. Włączyłem telewizor i przypadkiem - nie pamiętam nawet kanału - trafiłem na transmisję Mszy Świętej z jakiejś starej katedry. Była to Pasterka. Miejsce, atmosfera i opieszałość spowodowana sennością wprowadziły mnie w nastrój niemal magiczny. Obraz często zatrzymywał się na długo na wysokich i szarych gotyckich filarach, na których tle posuwała się powoli, wchodząc przez główny portal, procesja kapłanów. Mieli na sobie stare, wystawne stroje, z ciężkich i ciemnych tkanin, pobłyskujących tu i tam od złotych taśm i dekoracji. Na głowach ich spoczywały infuły, które nosi kler wysoki rangą. W środku pochodu szedł najwyższy i najdostojniejszy, odziany w jaśniejszą i bardziej błyszczącą od innych szatę - kardynał. W ramionach trzymał Dzieciątko Jezus, rzeźbione w drewnie, naturalnej wielkości, a nawet może trochę większe od dopiero co narodzonego dziecka. Na twarzy małego nagiego Jezusa malował się uśmiech.
Ogarnęła mnie magia chwili. Dałem się ponieść uczuciom, wspomnieniom, liturgii, przesłaniu, w które wierzyłem i wciąż wierzę.
Wciągnęły mnie całkowicie transmitowane obrazy. Patrzyłem, jak orszak szedł naprzód pośród dwóch skrzydeł milczącego tłumu. Gdy się zbliżyli na tyle, że widać ich było wyraźnie, dostrzegłem na ich twarzach posągową powagę. Przeszli te dziesiątki metrów, zachowując nieprzeniknioną i niezmienną minę w sztywnej, posępnej postawie, bez cienia uśmiechu. Kamera pokazywała obok pochodu morze wiernych, którzy uczestniczyli w obrzędach i pośród nich ujrzałem brata lub zakonnika, o siwej brodzie, który śmiał się ze szczęścia jako jedyny z obecnych. Popatrzyłem ponownie na orszak duchownych. Przyszło mi spontanicznie na myśl pytanie: dlaczego się nie uśmiechają? Czyż nie są szczęśliwi z narodzin Chrystusa?
Książka
Powoli jak moja znajomość z Rainierem wzbogacała się o nowe elementy, ogarniały mnie różne, często przeciwstawne pokusy. Na początku zadowoliłem się zebraniem przyzwoitej dokumentacji na jego temat. Potem, gdy ilość informacji rosła, postanowiłem napisać pewien rodzaj jego biografii, w formie eseju, na ewentualny użytek jego współczesnych ziomków, mieszkańców Ponzy.
Później zdecydowałem się uzupełnić zebrane wiadomości (spośród których wiele było niekompletnych) o opowiadania, wymyślone przeze mnie, ale w pewnej mierze prawdopodobne.
Odżyło we mnie pragnienie napisania swego rodzaju powieści historycznej na kanwie jego życia, ażeby odczytać na nowo, dla ewentualnych czytelników, jego ducha i towarzyszące mu przeżycia, które - jak sądziłem - coraz głębiej w nim pojmowałem. Nadchodził koniec naszego tysiąclecia. Odczuwałem potrzebę weryfikacji swoich przemyśleń, sięgnięcia do odległych źródeł naszej kultury, powrócenia na szlaki nadziei.
Na każdym etapie tej mojej wędrówki pośród idei, przekazów i planów, pytałem o zdanie i sugestie przyjaciół, znajomych, specjalistów, poddając ich ocenie szkice tekstów, zarysy i pomysły. Wszyscy starali się mnie zniechęcić i namówić, bym przestał się tym zajmować, bym także przestał wierzyć, że jestem literatem czy badaczem-historykiem, czy wreszcie organizatorem konferencji. Czasem ich postępowanie przyjmowało postać nagłych i nie mniej zniechęcających uwag: „Jeśli chcesz, umówię cię na rozmowę z moim przyjacielem, który działa na rynku wydawniczym. On też ci powie… Umberto Eco jest tylko jeden…”.
Problem jednak we mnie narastał. Postać Rainiera coraz bardziej mnie fascynowała, budziła we mnie emocje i stany napięcia, przywoływała dylematy i problemy nie tylko jego, ale i moje, a tymczasem przypadkowe zbiegi okoliczności, małe i niespodziewane odkrycia na jego temat nawarstwiały się, mnożyły, jakby zgodnie z jakimś sekretnym planem.
Mimo entuzjazmu tamtych dni, sprawy nie zmieniły się przez długi czas, pozostając bez konkretnego rozwiązania. Powtarzałem sobie, że ktoś prędzej czy później zainteresuje się tym tajemniczym mnichem, którego historia i ludzie, także jego współbracia niemal wymazali lub usiłowali wymazać z powszechnej pamięci.
Zajmowały mnie inne problemy, póki pewnego dnia nie uświadomiłem sobie, że nikt się nim nie zajął. Musiałem pomyśleć, że skoro wspomnienie o nim leżało pochowane pod prochem stuleci, szansa na to, że nagle inni - z tej jedynie racji, że go odkryłem - podzielą moje zainteresowanie i zapał, była raczej znikoma. Powróciłem do moich papierów, pogodziłem się z istnieniem wielu niepełnych i niedokończonych spraw, zdałem sobie sprawę, że na historię o Rainierze nałożyłem wiele z siebie samego, z moich czasów i mojego języka. I z moich problemów. Byłem jedynym, który mógł go przywrócić do życia na pewien czas, póki nie pojawi się następny, prawdziwy jego biograf. Nadałem informacjom porządek i zacząłem pisać.
Tak oto znaleźliśmy się w tym punkcie.
Candela ardeat usque ad mane.


ISBN 978-83-7485-084-1

oprawa: twarda
ilość stron: 288
format: 170x240 mm

43.00 zł
cena: 38.70 zł
OSOBY ZAINTERESOWANE TĄ POZYCJĄ KUPOWAŁY RÓWNIEŻ: 
Wielka Księga Graala. Między historią a legendą, od króla Artura po Marię Magdalenę Historie wielkich duchowych przyjaźni Porady psychologa. Poradnik pomocny w życiu Pierwsze stulecie historii franciszkanów Cztery głośne przypadki wypędzenia szatana

KUPUJĄC 3 KSIĄŻKI OTRZYMUJESZ 10% RABATU
    Książka napisana z wielkim historycznym rozmachem. Opowiada wspaniałe historie wielkich przyjaźni, niemal wyłącznie między mężczyzną i kobietą, które w...
    Piotr z Betsaidy, rybak z Galilei, po spotkaniu Jezusa z Nazaretu stał się najważniejszą postacią w literaturze i historii Nowego Testamentu. Jak można...
 
Login:    
Hasło:  
   zarejestruj się    pomoc
 
Produkty w koszyku
Medytacje biblijne i... szt. 1
Spotkania z medytacj... szt. 1
Porady lecznicze, ko... szt. 1
Judasz. Misterium zd... szt. 1
Łączna cena: 106.10 zł
 
radio niepkalanów franciszkanie.pl_ 17.06.08 ewangelizacja wizualna_19.06.08 radio fiat_25.06.08 e-kai opoka magazyn familia czas dzieci Przewodnik katolicki
Plyty CDNadruki na plytachNadrukiTloczenie plytProjektowanie stron wwwTworzenie stron wwwTworzenie stronProjektowanie stronStrony internetowe KrakówStrony internetowe WarszawaStrony www KrakówStrony www Warszawa