okrutna najs³odsza mi³o¶æ
autor:
M. Klara
FRAGMENT:
Jest koniec listopada 2002. W³a¶nie skoñczy³am zdjêcia do Elizy z Rivombrosy i po dziewiêciu z rzêdu miesi±cach krêcenia, czujê siê wypompowana i wykoñczona. Za rad± kole¿anki decydujê siê spêdziæ tydzieñ w Roncegno*, w Domu Uzdrowiskowym Raphael. Muszê siê pozbieraæ i to nie tylko fizycznie. Potrzebujê pobyæ sama z moimi my¶lami i przetrawiæ wszystko to, co prze¿y³am, co poch³onê³am i po³knê³am wielkimi kêsami.Nie obchodzi mnie, co o tym my¶l± inni, nie chcê przy³±czaæ siê do towarzystwa, proszê kierownika sali, by usadzi³ mnie sam± przy stoliku w sali jadalnej. Chcê nareszcie czuæ siê sama! Daje mi ma³y stolik, w sam raz dla jednej osoby, lecz na strategicznej pozycji, z której mogê widzieæ wszystkie inne stoliki.
Wreszcie mam przyjemno¶æ obserwacji bez obowi±zku „kierowania”, mogê wyobra¿aæ sobie ¿ycie ka¿dego z go¶ci.
Od pocz±tku moj± fantazjê pobudza dziewczyna o d³ugich, kasztanowych w³osach, du¿ym, pogodnym u¶miechu i dwojgu b³yszcz±cych oczu.
Gdy ledwie zajmuje miejsce, dosiadaj± siê trzy dziewczyny, a pó¼niej jeszcze dwie inne. Z tego jak siê ¶miej± i rozmawiaj± wnioskujê, ¿e s± starymi przyjació³kami. Tymczasem dopiero co siê pozna³y. Ich stolik jest jakby zamkniêty w ja¶niej±cym krêgu, nie umiem powstrzymaæ spojrzenia, by nie pada³o tam czê¶ciej, ni¿ powinno. Wszystko krêci siê wokó³ tamtej dziewczyny. Patrzê na ni± i my¶lê: dziwne, je w bia³ych rêkawiczkach. Chocia¿ z du¿ej odleg³o¶ci, nasze oczy czêsto siê spotykaj±. Nadajê jej imiê: „Anio³ na kó³kach”.
Na koniec, w przeddzieñ mojego wyjazdu, okazuje siê, ¿e wszystkie twarze, które ca³ymi dniami obserwowa³am, dosta³y ode mnie imiona. Ja¶niej±ca dziewczyna o sportowym sposobie bycia, nie przez przypadek po korytarzach porusza siê na super-wyposa¿onym „spyderze” z kó³kami ze stopu, z chromowanymi amortyzatorami. Przedstawia siê z u¶miechem: „Cze¶æ, jestem Klara!”** Inaczej nie mog³a siê nazywaæ... Odt±d jest w moim sercu.
Od tamtej pory jeste¶my w kontakcie, mogê do niej zadzwoniæ o ka¿dej porze, dnia i nocy, poniewa¿ wiem, ¿e ona – tak Klara nazywa swoj± chorobê – nie daje jej spokoju, nie pozwala jej spaæ.
Czasem dzwoniê tylko po to, by opisaæ jej zachód s³oñca, który prze¿ywam na ¶rodku morza, lub te¿ by prosiæ j± o si³ê, kiedy otwiera siê przede mn± ta czarna dziura o imieniu lêk. Potrzebujê pos³uchaæ jej g³osu, jej zdañ, jej my¶li. I od razu odzyskujê spokój.
Teraz ukaza³a siê jej ksi±¿ka. Czytaj±c, odnajdujê w niej ca³± Klarê. Poezj± potrafi mówiæ o cierpieniu, lekkim dotkniêciem sprawia, ¿e siê u¶miechasz, zamy¶lasz, zastanawiasz, p³aczesz. Tajemnic± pozostaje, jak Klarze udaje siê dotrzeæ tak g³êboko, przekazaæ nam ten ca³y spokój i daæ tyle energii, bez wpêdzenia w poczucie winy, ¿e w koñcu nie ona nas, ale to my potrzebujemy Klary.
Jednak sk±d bierze tê si³ê, by ¿yæ razem z ni±? W ksi±¿ce Klara otwiera siê i wyjawia to, czego nawet mi nigdy nie wyzna³a. Robi to w sposób prawdziwy. Czyni nas uczestnikami swojej podró¿y w stronê jedynej mi³o¶ci, pokazuj±c, jak totalna jest mi³o¶æ, któr± ona czuje, a z drugiej strony, w jak dalece okrutny sposób mi³o¶æ ta wystawia j± dzieñ po dniu na próby coraz bardziej niemo¿liwe. To mi³o¶æ niezmierna, któr± ka¿dego dnia potwierdza, gdy ból – jak pisze Klara – „obezw³adnia, upokarza, niszczy, zabiera to, co pewne, zostawia ciê nagim, bezbronnym, bezsilnym.”
Czytaj±c, ma siê wra¿enie, ¿e to w³a¶nie dog³êbna znajomo¶æ bólu daje Klarze zdolno¶æ emanowania wewnêtrznym ¶wiat³em. Przeczyta³am tê ksi±¿kê jednym tchem, a kiedy ju¿ dotar³am do ostatniej strony, czujê siê, jakbym ja tak¿e odby³a oczyszczaj±c± podró¿, która pozwoli³a mi, bardziej ni¿ kiedykolwiek, spojrzeæ na ¿ycie w innym ujêciu i sprawi³a, i¿ wstydzê siê, ¿e go nie doceniam i nie kocham tak g³êboko, jak ona.
Bez przesadnej pobo¿no¶ci, Klara daje mi do zrozumienia, ¿e mo¿na nie baæ siê nawet ¶mierci.
Teraz, gdy jestem ju¿ po lekturze, zastanawiam siê, co Klara ma na my¶li, mówi±c mi o tysi±cu marzeñ, jakie kto¶ ma, a które nagle zaczyna mu siê odbieraæ, po kolei, dzieñ po dniu, oraz o tym, jaka ona jest szczê¶liwa, ¿e ma ich przynajmniej piêæ – tyle ile palców u d³oni zaci¶niêtej w piê¶æ.
(...)
Przegl±dam siê w lustrze. Nie rozpoznajê siebie. Gdzie moja twarz? Gdzie j± straci³am?
W po¶piechu odrywam oczy od tej, która nie jest mn±. Nie uda³o mi siê jeszcze z ni± zaprzyja¼niæ, mimo wielu lat, jakie minê³y od diagnozy.
Ona. Dziwna nazwa, która jeszcze dzisiaj jest s³abo znana. Nazwa zdolna do tego, by ciê zniszczyæ. Z zewn±trz i od ¶rodka. Na pocz±tku niemal¿e jej nie zauwa¿asz, poza tym niezno¶nym zimnem w rêce, którego nie umiesz siê pozbyæ nawet za pomoc± dwóch par rêkawiczek, grzejnika i tym podobnych. Trochê siê wstydzisz za ten ich kolor najpierw marmurowy, potem fioletowy. Nie by³oby to nic wielkiego, je¶li nie pojawi³yby siê ma³e, bardzo bol±ce wrzody na opuszkach palców. Jeden, dwa, trzy plastry, z których w koñcu robi siê dziesiêæ, a¿ sprawiasz wra¿enie niezbyt zrêcznej kucharki, która siê rozpêdzi³a przy krojeniu warzyw. Potem, nie wiesz dlaczego, nie mo¿esz prze³kn±æ gryzu wspania³ej, ulubionej kanapki z gorgonzol±. Zatykasz siê. I zaczynasz piæ wodê, litry wody za ka¿dym razem gdy jesz pizzê, talerz ry¿u, miêso. I zaczynasz selekcjonowaæ to, co „mo¿na” od tego, czego „ju¿ nie mo¿na”, a¿ w koñcu zapominasz, prawie automatycznie, jakie by³y twoje pierwotne gusty. Jesz tylko to, co „przechodzi”.
I zaczynaj± siê bóle. Po trochu, podstêpnie. W stawach, w miê¶niach, w ¶ciêgnach. Rankiem, kiedy wstajesz, zdaje ci siê, ¿e masz sto lat i zazdro¶cisz babci, ¿e maj±c ich siedemdziesi±t trzy, pokonuje schody jak dziewczynka. Nie rozumiesz, dlaczego bol± ciê równie¿ rêce i, dziwne..., nie potrafisz dobrze zgi±æ palców. Nie umiesz ich rozprostowaæ, no i z plastrami trudno cokolwiek chwyciæ. Potwornie siê denerwujesz, gdy w supermarkecie musisz wyj±æ monety, a sobie nie radzisz. I wtedy, ¿eby obej¶æ przeszkodê, wyci±gasz grube – banknoty. W ten sposób przynajmniej gdy ci wydaj± resztê – otwierasz portmonetkê, ¿eby j± wsypano do ¶rodka, a kto by siê tam przejmowa³, czy reszta siê zgadza. Przy kasie wszyscy siê przecie¿ ¶piesz± jak diabli.
Skóra, twoja miêkka i aksamitna skóra, zaczyna sztywnieæ. Czujesz siê tak naci±gniêta, jakby ciê zapomnieli wyj±æ z krochmalu. Nak³adasz kremy. Próbujesz wszystkich. Sprzedawczynie, drog± eliminacji, proponuj±: „Spróbuj tego, maksymalnie nawil¿a. Ró¿any, z jojoba, z olejkiem migda³owym...” Tymi wszystkimi tubkami mog³abym ju¿ chyba nawet zarobiæ na recyklingu.
A twarz, twoja twarz, ta któr± ty widzisz i któr± widz± inni, zaczyna siê zmieniaæ. Naci±gniêta skóra, g³adka jak karnawa³owa maska wenecka. Wargi staj± siê coraz cieñsze, a¿ do zaniku, ust ju¿ nie umiesz ca³kowicie zamkn±æ, co ciê krêpuje. Pozytywne jedynie jest to, ¿e nie pokazuj± ci siê zmarszczki. Pomy¶l, jakie to szczê¶cie, w obliczu tego, ile siê p³aci za lifting!
Wracamy do r±k. Staj± siê coraz bardziej zdrewnia³e, twarde, napinaj± siê jakby chcia³y chwyciæ co¶, czego nie ma. Problem powstaje, gdy siê kto¶ przedstawia: „Mi³o mi, Taki Owaki”, wyci±ga rêkê, a ty... umierasz ze wstydu. Mówi±, ¿e mê¿czy¼ni obserwuj± u kobiety przede wszystkim twarz i rêce. Utarty frazes o „piêknym wnêtrzu” zbytnio nie przekonuje.
Mijaj± lata, a poprawy nie widaæ. Konkretnego leczenia nie ma. Próby leczenia – owszem. Ale ty w pewnym momencie d³u¿ej ju¿ nie wytrzymujesz.
Na pocz±tku pierwsze pobyty w szpitalu s± jak zawody – kto wy¶le ciê na wiêksz± ilo¶æ badañ. Pobieranie, a w³a¶ciwie „puszczanie” krwi. Prze¶wietlenia wszystkich ko¶ci, gastroskopie jedna za drug± – do woli, pH-metrie, echografie wszystkich narz±dów, elektrokardiogramy, a tak¿e elektromiografie, bardzo bolesne, gdy ci wk³uwaj± wszystkie te ig³y g³êboko w miê¶nie i robi± wstrz±s elektryczny. Wiele biopsji na ciele, aby stwierdziæ stan tkanki ³±cznej. Ale te blizny przecie¿ takie fajne – trochê tu, trochê tam. Mog³yby byæ nawet alternatyw± zamiast piercingu...
Z ka¿dym pobytem w szpitalu pojawia siê nowo¶æ, jakie¶ „eksperymentalne” badanie. No i te twarze, wiele twarzy praktykantów, którzy zza pleców ordynatora patrz± na ciebie badawczym wzrokiem, po czym uprzejmie prosz±: „Mogê dotkn±æ, daj mi zobaczyæ, wyprostuj rêce, podnie¶ g³owê do góry, oddychaj g³êboko, prze³knij.”
Ka¿dego roku ta sama historia, je¶li chcesz. Jednym s³owem co¶ w rodzaju odcinków. Mówi±, ¿e jeste¶ „ciekawym przypadkiem”. W sumie mi³o jest przecie¿ kogo¶ interesowaæ, tyle ¿e ty wyobra¿a³a¶ to sobie inaczej. Dostrzegasz w sobie jaki¶ szósty zmys³. Czujesz dreszcz przechodz±cy po plecach, kiedy widzisz, ¿e nadchodz± „bia³e fartuchy” i mówi± ci: „Idziemy”. Niekoñcz±ce siê godziny oczekiwania na korytarzu, a¿ ciê wywo³aj±, by podaæ werdykt, propozycje stawiaj±ce ciê przed ryzykownym wyborem. Jak w kryminale. Nigdy nie wiesz, jak siê skoñczy. Nastêpnie badania, du¿o badañ. Niezliczone „Niech siê pani rozbierze”, a ty za ka¿dym razem ¶ci±gasz koszulê. Badaj± ciê, dotykaj± ze wszystkich stron tymi rêkami – pewnie ¿e profesjonalnymi, jednak przecie¿ obcymi tobie i twojej skórze, prawie jakby chcieli wykra¶æ jak±¶ nieistniej±c± odpowied¼. Ma³a, bezbronna niezdara bez to¿samo¶ci, teren potencjalnych odkryæ na gruncie wiedzy medycznej.
Potem terapie przez ¿y³y. Gdy znajdzie siê jaka¶ jedna - to jak nieoczekiwana wygrana. Przy twojej skórze musz± siê rozpêdziæ, ¿eby wk³uæ ig³ê. A ta nigdy nie wchodzi za pierwszym razem. Gdyby to by³a loteria, mia³aby¶ góry losów: „Spróbuj ponownie, mo¿e bêdziesz mia³ wiêcej szczê¶cia.” Nie¶mia³o próbujesz wskazaæ jedyn± nadaj±c± siê do badania, mikroskopijn± okolicê, jaka ci zosta³a, ale nie jest powiedziane, ¿e nie napotkasz na opór kogo¶, kto ci powie: „Nie martw siê” (ile¿ milionów razy ju¿ ci to powtarzali?), by pó¼niej, po zrobieniu z ciebie sitka, zostawiwszy ci na pami±tkê wiele ma³ych, fioletowych kropek, wróciæ dok³adnie do punktu, który ty wskaza³a¶ na pocz±tku. Prawie jak tytu³ filmu: W poszukiwaniu zaginionej ¿y³y.
A nastêpnie... nadchodzi dzieñ, w którym ci mówi±: „Spróbowali¶my ju¿ wszystkiego, co znamy, ale spokojnie, wcze¶niej czy pó¼niej znajdziemy jakie¶ rozwi±zanie”.
Pocieszaj±ce.
Wracasz po tym do domu i robisz podsumowanie sytuacji.
Zmêczenie, które od pocz±tku jest cech± fizyczn± choroby, dotyka ciê równie¿ w ¶rodku. Padasz na krzes³o jak flak, z wyzerowanym umys³em. Zostaj± ci dwie mo¿liwo¶ci: albo poddajesz siê losowi, albo... podnosisz g³owê i zaczynasz od pocz±tku.
Tak, ale sk±d? I dok±d siê udaæ?
W spo³eczeñstwie ¿±daj±cym „³adnej prezencji” w pierwszym punkcie niepisanego dekalogu, nie ma dla ciebie miejsca.
Co mo¿esz zrobiæ z takimi rêkami, jakie masz? A zimno, jak je ukryjesz? I to uczucie odmienno¶ci do tego stopnia, ¿e na wszystkie propozycje wyj¶cia odmawia³a¶, a¿ w koñcu przesta³y siê pojawiaæ? No ale przecie¿ jak wyja¶nisz, ¿e nie mo¿esz piæ i je¶æ normalnie? Gdy ciê kto¶ zapyta, zdarza siê, ¿e odpowiadasz z niegasn±cym u¶miechem: „Nie, dziêkujê, nie jestem g³odna. Nie, dziêkujê, w³a¶nie pi³am”, by potem po powrocie do domu, otworzyæ lodówkê i zaspokoiæ niezno¶ny g³ód, dokuczaj±cy ci od wielu godzin.
Wszystko za czym pod±¿a³a¶, twoje idea³y, twoje marzenia, to, co by³o pewne – zostaje rozwiane przez udrêkê, która powoli, w znaczeniu dos³ownym i w przeno¶ni, gryzie ciê a¿ do szpiku ko¶ci.
Nie!
| ISBN 978-83-7485-093-3 |

































