Recenzje / Człowiek nie umiera, rodzi się dwa razy. Godzina naszych narodzin
Czterdzieści lat temu, w pewnej parafii na południu Włoch miałem okazję usłyszeć homilię na temat „prawd ostatecznych”. Do dziś pamiętam dosyć przerażającą teatralność owego podniosłego kazania o śmierci. Cel jego był ewidentny: „Nawróć się, ponieważ nie wiesz, kiedy śmierć postawi cię przed Boskim trybunałem!”.
W prezentowanej książce, autorstwa mojego przyjaciela, Valentino Salvodi, spotykamy się z całkiem nowym, pogodniejszym i może nawet bardziej wstrząsającym sposobem podejścia do prawd ostatecznych. Jest to swego rodzaju apel, byśmy nawrócili się na śmierć i dzięki temu mogli radykalnie nawrócić się na życie. Czytelnik osobiście poczuje się zaangażowany, ponieważ sam Autor, wielokrotnie mający do czynienia ze śmiercią, zachęci go do wspólnej wędrówki. Nie jest to jednak książka, która pragnie wzbudzić strach, lecz raczej być swego rodzaju pocieszeniem, paraklezą, zaproszeniem do oswojenia się z naszą śmiercią, by mogła stać się doniosłym wydarzeniem i początkiem niekończącego się Święta.
Czy Autor książki, dużo młodszy ode mnie, nie powinien był może poczekać trochę z podjęciem tak drażliwego tematu, jakim jest śmierć? Odpowiedź brzmi – nie. Dla chrześcijanina, a w szczególności dla osoby, która każdego dnia wspomina śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, nigdy nie jest za wcześnie, aby podejść do tajemnicy śmierci, zadając sobie niecierpiące zwłoki pytanie: „Czym będzie moja śmierć?”, pytanie niosące ze sobą następne: „Czym dotychczas uczyniłem moje życie? Co mam zamiar z nim uczynić, mając w perspektywie nadzieję, iż moja śmierć stanie się wielkim świętem, szczytem mojej wolności w totalnym zawierzeniu Panu życia i śmierci, Panu, który jest Zmartwychwstaniem i Życiem?”
Podczas wspólnej wędrówki, do której Valentino zaprasza czytelnika, wspomina wielu świadków i opowiada o swoich życiowych doświadczeniach odkrywających wiele obliczy śmierci, dzieląc się niepokojami i nadziejami wielu drogich mu osób, które przeszły już do lepszego życia.
Idąc wytyczoną przez Autora drogą pozwolę sobie również przekazać kilka z moich smutnych, jak również pokrzepiających doświadczeń śmierci przyjaciół i mojej własnej śmierci, którą zapowiadam każdego dnia podczas celebrowania śmierci i zmartwychwstania Chrystusa „w oczekiwaniu na Jego przyjście”.
W wieczór poprzedzający absurdalną wojnę pomiędzy Niemcami a Związkiem Radzieckim wysłuchałem wielu spowiedzi tych, którzy pragnęli „przygotować się” na najcięższą ewentualność. Działo się to w małym kościółku obrządku wschodniego, niedaleko rosyjskiej granicy. Kiedy powróciłem do moich towarzyszy, przeprowadziłem długą rozmowę z drogim przyjacielem Fichtnerem, młodym jezuitą jeszcze przed święceniami. Powiedział mi: „Nie chcę umierać w tej absurdalnej wojnie. Po niej będzie na nas czekało przeogromne zadanie głoszenia Ewangelii…”. Moje przewidywania co do przyszłości nie były tak optymistyczne. Odrzekłem mu: „Może lepiej będzie umrzeć pierwszego dnia, niż oglądać całą tę tragedię!”. Podczas pierwszej godziny tej okrutnej wojny, pierwszą osobą, która oddała ducha przy moim boku był właśnie mój przyjaciel Fichtner. Jego mózg rozpryskał się tuż koło moich stóp. Łzy płynęły mi z oczu strumieniami, a ze wszystkich stron docierały do mnie krzyki i wołanie o pomoc. Wiedziałem, że powinienem lepiej kontrolować mój ból i bunt przeciwko absurdalnej śmierci, przeciwko absurdalnej masakrze, jaka się właśnie zapowiadała, ale w tamtych chwilach nie byłem w stanie. Nie mogłem wówczas przewidzieć, iż po wojnie moim głównym zadaniem będzie wołanie na wszystkich placach i ulicach świata: „Uwolnijcie się od śmierci, jaką człowiek zbrodniczo zadaje innym ludziom, w głupocie wykonując zbrodnicze rozkazy!”. Nie śmiałem nawet żywić nadziei, iż Pan życia podaruje mi pół wieku, bym mógł głosić Ewangelię uzdrowicielskiej i wyzwolicielskiej siły łagodności.
Dziesięć lat temu, po „ostatnim namaszczeniu” – wówczas myślałem, iż będzie ono „ostatnie” – przygotowywałem się do trudnej i ciężkiej operacji, o wysokim prawdopodobieństwie wystąpienia komplikacji, mającej trwać pięć godzin. Przed znieczuleniem zapadłem w głęboki sen – sen, z którego obudziłem się przepełniony wielką radością: zdawało mi się, iż widziałem dolinę tonącą w cudownym świetle, a na niej Dobrego Pasterza zapraszającego mnie do siebie. Szczęśliwa perspektywa, „w oczekiwaniu na przyjście Pana”, który zabierze mnie z tej łez doliny. Później jednak znowu ogarnął mnie sen i przyniósł mi inne przesłanie: szukałem biletu, by wyjechać, wszędzie jednak mi go odmawiano. Zbudziłem się, aby stawić czoła oczekującej mnie operacji z radością płynącą z pierwszego snu: dolina światła i zaproszenie Dobrego Pasterza… chociaż nie do natychmiastowej podróży. Trzydzieści miesięcy później przygotowywałem się do siódmej operacji, której perspektywy były bardzo nieciekawie i miała trwać aż sześć godzin. Tamtego ranka przyszli do mojego pokoju w klinice przełożeni i dwie siostry, aby odprawić eucharystię i udzielić mi namaszczenia chorych. Wszystkim uczestniczącym dałem na piśmie moją spowiedź, którą uważałem już za ostatnią. Potem znowu zapadłem w głęboki i podnoszący na duchu sen. W śnie tym zobaczyłem zmartwienie moich współbraci i moich sióstr: ich ból udzielił mi się i przepełnił smutkiem. Zanurzony w nim, usłyszałem głos Pana: „Dlaczego się smucisz? Wszyscy ujrzą moje oblicze”. Nie była to wizja, nie była to mistyczna ekstaza, a jedynie niezwykle poruszający sen. Sen ten jednak, oparty na moich biblijnych medytacjach, dodał mi odwagi. Ale i wówczas nie zostałem jeszcze wezwany.
Rok temu odprawiłem mszę w naszym klasztorze, w pokoju mojego ciężko chorego współbrata i jednocześnie ukochanego siostrzeńca, dzień po tym, jak lekarze poprosili nas o wytłumaczenie mu, iż wszelkie dalsze terapeutyczne wysiłki są już daremne. Chory przyjął wiadomość ze łzami w oczach, ale także ze wspaniałą wiarą. W liturgii słowa na tamten dzień refren psalmu po pierwszym czytaniu głosił: „A kiedy się obudzę, zobaczę Twoje oblicze”.
Chory, którego płuca przepełnione były wodą, zaś ciało bólem, powtórzył każdy werset psalmu zdecydowanym głosem: „A kiedy się obudzę, zobaczę Twoje oblicze”. Słowa te stanowiły dla niego złotą nić, która prowadziła go przez trzy bolesne tygodnie poprzedzające śmierć. Kilka minut przed oddaniem ducha powiedział swojemu współbratu i przyjacielowi wyrazistym głosem: „Jesteśmy na miejscu. Podejście wydawało się bardzo męczące”. Były to słowa pełnego entuzjazmu i odwagi alpinisty. Śmierć: miejsce docelowe po trudnej i bardzo męczącej wspinaczce, wspieranej jednak obietnicą-nadzieją: „Kiedy się obudzę, zobaczę Twoje oblicze”.
Drogi Czytelniku, życzę CI, abyś czytając prezentowaną książkę nabrał odwagi, by niestrudzenie wspinać się ku tej samej nadziei. A to da Ci wytrwałość także wówczas, kiedy bilet podróżny będzie się spóźniał z nadejściem. Mam nadzieję, iż czekając na niego uczynisz wszystko co tylko możliwe, aby wspomóc ludzki rodzaj w pokonaniu tej brutalnej śmierci, jaką człowiek zadaje człowiekowi, zaciągając się w szeregi walczących łagodnością.
W niniejszej książce Valentino wyjaśnia Ci trudną drogę ludu Izraela w poszukiwaniu „sensu śmierci”. Przeplatają się ze sobą dwa nurty: z jednej strony nurt podobny do aktualnie istniejących kultur, pełnych niepewności i wahania; z drugiej stopniowe Boskie objawienie cudownego planu, który lśni w paschalnym misterium Chrystusa. Na stronach zapisanych przez Valentino dostrzec można myśli najbardziej uczonych współczesnych egzegetów dotyczące współczesnego problemu numer jeden: co wybrać – wojnę czy pokój i wyrzeczenie się przemocy? Podczas dziejów wyprowadzenia z niewoli lud wybrany przez Pana niósł na sobie brzemię, straszny ciężar gwałtu uświęcony przez wszystkie religie, z którymi miał do czynienia. Nowiną, która stopniowo zaczęła torować sobie drogę, było Boskie objawienie pokoju i wyrzeczenia się przemocy. Taka jest prawdziwa historia zbawienia, której wspaniałe zaranie zapisana jest w czterech pieśniach Sługi Bożego, do których często odwołuje się Valentino. Za sprawą cierpiącego Sługi Jahwe, który umiera nie otworzywszy nawet ust, kiedy prowadzony jest na rzeź, śmierć, znoszona z pełną łagodności miłością, staje się zwycięstwem nad śmiercią nie odkupioną. Sługa żyć będzie a dotychczas brutalni ludzie mogą odkryć drogę życia w nie zadającej gwałtu walce z fałszem oraz uświęconą i rytualną przemocą.
Dynamizm stopniowego objawienia, które osiąga swoją pełną realizację w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, odzwierciedla się w osobach, które powoli zaczynają postrzegać się w nowym świetle: w świetle, które nas uświęca poprzez zwiastowanie misterium paschalnego i jednocześnie poprzez solidarne zaangażowanie w zwalczanie kłamstwa, przemocy, aby nadać śmierci i życiu ich prawdziwe znaczenie. Kto wierzy w misterium paschalne, nie będzie mógł nigdy zawrzeć paktu z przemocą. Przeciwstawi się przede wszystkim każdej pokusie sakralizacji i rytualizacji tej absurdalnej śmierci, którą człowiek stosujący gwałt i wykorzystujący innych narzuca bezbronnym. I nie będzie mógł nawet zaakceptować tej śmierci, którą grupy, uznające się za uczciwe i sprawiedliwe, pragną narzucić swoim nieprzyjaciołom.
BERNHARD HÄRING, C. Ss. R.
« powrót
W prezentowanej książce, autorstwa mojego przyjaciela, Valentino Salvodi, spotykamy się z całkiem nowym, pogodniejszym i może nawet bardziej wstrząsającym sposobem podejścia do prawd ostatecznych. Jest to swego rodzaju apel, byśmy nawrócili się na śmierć i dzięki temu mogli radykalnie nawrócić się na życie. Czytelnik osobiście poczuje się zaangażowany, ponieważ sam Autor, wielokrotnie mający do czynienia ze śmiercią, zachęci go do wspólnej wędrówki. Nie jest to jednak książka, która pragnie wzbudzić strach, lecz raczej być swego rodzaju pocieszeniem, paraklezą, zaproszeniem do oswojenia się z naszą śmiercią, by mogła stać się doniosłym wydarzeniem i początkiem niekończącego się Święta.
Czy Autor książki, dużo młodszy ode mnie, nie powinien był może poczekać trochę z podjęciem tak drażliwego tematu, jakim jest śmierć? Odpowiedź brzmi – nie. Dla chrześcijanina, a w szczególności dla osoby, która każdego dnia wspomina śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa, nigdy nie jest za wcześnie, aby podejść do tajemnicy śmierci, zadając sobie niecierpiące zwłoki pytanie: „Czym będzie moja śmierć?”, pytanie niosące ze sobą następne: „Czym dotychczas uczyniłem moje życie? Co mam zamiar z nim uczynić, mając w perspektywie nadzieję, iż moja śmierć stanie się wielkim świętem, szczytem mojej wolności w totalnym zawierzeniu Panu życia i śmierci, Panu, który jest Zmartwychwstaniem i Życiem?”
Podczas wspólnej wędrówki, do której Valentino zaprasza czytelnika, wspomina wielu świadków i opowiada o swoich życiowych doświadczeniach odkrywających wiele obliczy śmierci, dzieląc się niepokojami i nadziejami wielu drogich mu osób, które przeszły już do lepszego życia.
Idąc wytyczoną przez Autora drogą pozwolę sobie również przekazać kilka z moich smutnych, jak również pokrzepiających doświadczeń śmierci przyjaciół i mojej własnej śmierci, którą zapowiadam każdego dnia podczas celebrowania śmierci i zmartwychwstania Chrystusa „w oczekiwaniu na Jego przyjście”.
W wieczór poprzedzający absurdalną wojnę pomiędzy Niemcami a Związkiem Radzieckim wysłuchałem wielu spowiedzi tych, którzy pragnęli „przygotować się” na najcięższą ewentualność. Działo się to w małym kościółku obrządku wschodniego, niedaleko rosyjskiej granicy. Kiedy powróciłem do moich towarzyszy, przeprowadziłem długą rozmowę z drogim przyjacielem Fichtnerem, młodym jezuitą jeszcze przed święceniami. Powiedział mi: „Nie chcę umierać w tej absurdalnej wojnie. Po niej będzie na nas czekało przeogromne zadanie głoszenia Ewangelii…”. Moje przewidywania co do przyszłości nie były tak optymistyczne. Odrzekłem mu: „Może lepiej będzie umrzeć pierwszego dnia, niż oglądać całą tę tragedię!”. Podczas pierwszej godziny tej okrutnej wojny, pierwszą osobą, która oddała ducha przy moim boku był właśnie mój przyjaciel Fichtner. Jego mózg rozpryskał się tuż koło moich stóp. Łzy płynęły mi z oczu strumieniami, a ze wszystkich stron docierały do mnie krzyki i wołanie o pomoc. Wiedziałem, że powinienem lepiej kontrolować mój ból i bunt przeciwko absurdalnej śmierci, przeciwko absurdalnej masakrze, jaka się właśnie zapowiadała, ale w tamtych chwilach nie byłem w stanie. Nie mogłem wówczas przewidzieć, iż po wojnie moim głównym zadaniem będzie wołanie na wszystkich placach i ulicach świata: „Uwolnijcie się od śmierci, jaką człowiek zbrodniczo zadaje innym ludziom, w głupocie wykonując zbrodnicze rozkazy!”. Nie śmiałem nawet żywić nadziei, iż Pan życia podaruje mi pół wieku, bym mógł głosić Ewangelię uzdrowicielskiej i wyzwolicielskiej siły łagodności.
Dziesięć lat temu, po „ostatnim namaszczeniu” – wówczas myślałem, iż będzie ono „ostatnie” – przygotowywałem się do trudnej i ciężkiej operacji, o wysokim prawdopodobieństwie wystąpienia komplikacji, mającej trwać pięć godzin. Przed znieczuleniem zapadłem w głęboki sen – sen, z którego obudziłem się przepełniony wielką radością: zdawało mi się, iż widziałem dolinę tonącą w cudownym świetle, a na niej Dobrego Pasterza zapraszającego mnie do siebie. Szczęśliwa perspektywa, „w oczekiwaniu na przyjście Pana”, który zabierze mnie z tej łez doliny. Później jednak znowu ogarnął mnie sen i przyniósł mi inne przesłanie: szukałem biletu, by wyjechać, wszędzie jednak mi go odmawiano. Zbudziłem się, aby stawić czoła oczekującej mnie operacji z radością płynącą z pierwszego snu: dolina światła i zaproszenie Dobrego Pasterza… chociaż nie do natychmiastowej podróży. Trzydzieści miesięcy później przygotowywałem się do siódmej operacji, której perspektywy były bardzo nieciekawie i miała trwać aż sześć godzin. Tamtego ranka przyszli do mojego pokoju w klinice przełożeni i dwie siostry, aby odprawić eucharystię i udzielić mi namaszczenia chorych. Wszystkim uczestniczącym dałem na piśmie moją spowiedź, którą uważałem już za ostatnią. Potem znowu zapadłem w głęboki i podnoszący na duchu sen. W śnie tym zobaczyłem zmartwienie moich współbraci i moich sióstr: ich ból udzielił mi się i przepełnił smutkiem. Zanurzony w nim, usłyszałem głos Pana: „Dlaczego się smucisz? Wszyscy ujrzą moje oblicze”. Nie była to wizja, nie była to mistyczna ekstaza, a jedynie niezwykle poruszający sen. Sen ten jednak, oparty na moich biblijnych medytacjach, dodał mi odwagi. Ale i wówczas nie zostałem jeszcze wezwany.
Rok temu odprawiłem mszę w naszym klasztorze, w pokoju mojego ciężko chorego współbrata i jednocześnie ukochanego siostrzeńca, dzień po tym, jak lekarze poprosili nas o wytłumaczenie mu, iż wszelkie dalsze terapeutyczne wysiłki są już daremne. Chory przyjął wiadomość ze łzami w oczach, ale także ze wspaniałą wiarą. W liturgii słowa na tamten dzień refren psalmu po pierwszym czytaniu głosił: „A kiedy się obudzę, zobaczę Twoje oblicze”.
Chory, którego płuca przepełnione były wodą, zaś ciało bólem, powtórzył każdy werset psalmu zdecydowanym głosem: „A kiedy się obudzę, zobaczę Twoje oblicze”. Słowa te stanowiły dla niego złotą nić, która prowadziła go przez trzy bolesne tygodnie poprzedzające śmierć. Kilka minut przed oddaniem ducha powiedział swojemu współbratu i przyjacielowi wyrazistym głosem: „Jesteśmy na miejscu. Podejście wydawało się bardzo męczące”. Były to słowa pełnego entuzjazmu i odwagi alpinisty. Śmierć: miejsce docelowe po trudnej i bardzo męczącej wspinaczce, wspieranej jednak obietnicą-nadzieją: „Kiedy się obudzę, zobaczę Twoje oblicze”.
Drogi Czytelniku, życzę CI, abyś czytając prezentowaną książkę nabrał odwagi, by niestrudzenie wspinać się ku tej samej nadziei. A to da Ci wytrwałość także wówczas, kiedy bilet podróżny będzie się spóźniał z nadejściem. Mam nadzieję, iż czekając na niego uczynisz wszystko co tylko możliwe, aby wspomóc ludzki rodzaj w pokonaniu tej brutalnej śmierci, jaką człowiek zadaje człowiekowi, zaciągając się w szeregi walczących łagodnością.
W niniejszej książce Valentino wyjaśnia Ci trudną drogę ludu Izraela w poszukiwaniu „sensu śmierci”. Przeplatają się ze sobą dwa nurty: z jednej strony nurt podobny do aktualnie istniejących kultur, pełnych niepewności i wahania; z drugiej stopniowe Boskie objawienie cudownego planu, który lśni w paschalnym misterium Chrystusa. Na stronach zapisanych przez Valentino dostrzec można myśli najbardziej uczonych współczesnych egzegetów dotyczące współczesnego problemu numer jeden: co wybrać – wojnę czy pokój i wyrzeczenie się przemocy? Podczas dziejów wyprowadzenia z niewoli lud wybrany przez Pana niósł na sobie brzemię, straszny ciężar gwałtu uświęcony przez wszystkie religie, z którymi miał do czynienia. Nowiną, która stopniowo zaczęła torować sobie drogę, było Boskie objawienie pokoju i wyrzeczenia się przemocy. Taka jest prawdziwa historia zbawienia, której wspaniałe zaranie zapisana jest w czterech pieśniach Sługi Bożego, do których często odwołuje się Valentino. Za sprawą cierpiącego Sługi Jahwe, który umiera nie otworzywszy nawet ust, kiedy prowadzony jest na rzeź, śmierć, znoszona z pełną łagodności miłością, staje się zwycięstwem nad śmiercią nie odkupioną. Sługa żyć będzie a dotychczas brutalni ludzie mogą odkryć drogę życia w nie zadającej gwałtu walce z fałszem oraz uświęconą i rytualną przemocą.
Dynamizm stopniowego objawienia, które osiąga swoją pełną realizację w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, odzwierciedla się w osobach, które powoli zaczynają postrzegać się w nowym świetle: w świetle, które nas uświęca poprzez zwiastowanie misterium paschalnego i jednocześnie poprzez solidarne zaangażowanie w zwalczanie kłamstwa, przemocy, aby nadać śmierci i życiu ich prawdziwe znaczenie. Kto wierzy w misterium paschalne, nie będzie mógł nigdy zawrzeć paktu z przemocą. Przeciwstawi się przede wszystkim każdej pokusie sakralizacji i rytualizacji tej absurdalnej śmierci, którą człowiek stosujący gwałt i wykorzystujący innych narzuca bezbronnym. I nie będzie mógł nawet zaakceptować tej śmierci, którą grupy, uznające się za uczciwe i sprawiedliwe, pragną narzucić swoim nieprzyjaciołom.
BERNHARD HÄRING, C. Ss. R.
« powrót



























